Tomasz Banach - Turystyka, pasja, przygoda
Wspomnienia, relacje, fotki z moich wojaży turystycznych

Rok 2009

Doliną Ciemięgi - 22 sierpnia 2009

Źródła w Starej Wsi

By utrzymaćformę zdobytą podczas wyjazdu w Bieszczady postanowiłem kontynuować mojewędrowanie, tym razem w bliższych okolicach Lublina. Padło na niebieski szlak pieszy „Doliną rzeki Ciemięgi”. Większość trasy przebiega przez Obszar Chronionego Krajobrazu „Dolina Ciemięgi”. Jest to obszar o dużej atrakcyjności krajobrazowej. Jego głównym walorem jest głęboko wcięta dolinarzeki Ciemięgi z przylegającymi do niej stokami lessowymi, na których rozwinęła się gęsta sieć wąwozów i suchych dolin z ciekawą roślinnością kserotermiczną.

Z Lublina wyruszyliśmy autobusem MPK. Wysiedliśmy na przystanku w Wólce i po przejściu na drugą stronę ulicy minęliśmy po prawej stronie kościół i drogą udaliśmy się w stronę wsi Jakubowice Murowane, przekraczając rzekę Bystrzycę.

W Jakubowicach Murowanych zrobiliśmy pierwszy, krótki postój i pierwsze zdjęcia na tle bramy prowadzącej do będącego obecnie w remoncie byłego zamku przebudowanego później na pałac. Zamek w przeszłości należał min. do tak znanych rodów jak Tęczyńscy czy Sobiescy. Otoczony jest parkiem z wieloma starodrzewami – pomnikami przyrody.

Po odpoczynku wróciliśmy ponownie na niebieski szlak, którym wędrowaliśmy przez Łysaków do Pliszczyna. Tutaj zrobiliśmy kolejny odpoczynek. W miejscowym sklepie zakupiliśmy prowiant i nad pobliską Ciemięgą oddaliśmy się konsumpcji, podziwiając strugi wody spadająceze sztucznego wodospadu na rzece. W rzece beztrosko pluskały się pstrągi. Po posiłku obejrzeliśmy XIX wieczny dwór Budziszyńskich i otaczający go park.

Po powrocie na szlak, nowo wybudowanym odcinkiem drogi, a następnie drogą gruntową przeszliśmy do miejscowości Stara Wieś. Tutaj po przekroczeniu rzeki drewnianym mostem zeszliśmy do położonych nieopodal drogi źródełek. Podczas postoju wykonaliśmy kilka zdjęć i schłodziliśmy zmęczone już nieco twarze w zimnej źródlanej wodzie.

Ostatnią cześć wędrówki pokonaliśmy biegnącą w niedalekiej okolicy nasypu kolejowego drogą. Po prawej stronie mijaliśmy zabudowania wsi Łagiewniki. Po przejściu pod wiaduktem kolejowym w okolicach miejscowości Ciecierzyn przekroczyliśmy drogę krajową nr 19. Tutaj zakończyliśmy naszą wędrówkę. Z położonego nieopodal przystanku odjechaliśmy busem do Lublina.

To tylko fragment niebieskiego szlaku… Niestety jeszcze nie udało mi się go dokończyć. Mam nadzieję, że kiedyś to uczynię odwiedzając kolejne miejscowości: Dys, Jakubowice, Marysin… by dojść do końca szlaku przy lubelskim Muzeum Wsi Lubelskiej. 


Obejrzyyj koniecznie: Zdjęcia i opisy z wedrówki Doliną Ciemięgi

Wyjazd w Bieszczady - 2 - 10 sierpnia 2009

              Ten wyjazd planowałem, jak zwykle to czynię, już od bardzo dawna.Wszystko tylko czekało na chwilę, w której opuszczę Lublin.  

            Nie obyło się jak zwykle bez drobnych kłopotów przed wyjazdem. Pierwsza przeszkodą było zorganizowanie wolnego od pracy. Drugim problemem była, jak zwykle, kasa na wyjazd, ale i ten problem dzięki zaoszczędzonym zaskórniakom udało się przezwyciężyć. 

            Przez ostatnie dni przed wyjazdem odliczałem godziny do rozpoczęcia wyprawy. Tak dawno nie byłem w Bieszczadach. Bardzo tęskniłem za górami, z którymi w dziwny, niewytłumaczalny sposób czułem wielką bliskość i wieź. Nie byłem w Bieszczadach kilka lat i tak bardzo chciałem jeszcze raz zobaczyć te wszystkie miejsca, na które przez ten czas padła mgła zapomnienia. Nie mogłem doczekać się, kiedy poczuję we włosach chłodny wiatr wiejący na połoninach. Kiedy zanurzę nogi w chłodnych wodach Wołowatego, czy z Wielkiej Rawki spojrzę na bezkres Słowackich i Ukraińskich gór. Te wszystkie marzenia i wspomnienia miały niebawem ożyć i stać się realną rzeczywistością z moim udziałem.

       

        2 sierpnia 2009 roku Niedziela 

      Z domu na dworzec Główny PKS w Lublinie wyruszyłem punktualnie o północy. Na Dworcu rozpoczęło się dosyć nerwowe oczekiwanie na przyjazd z Warszawy naszego autobusu. Kiedy już przyjechał zapakowaliśmy swoje plecaki do luku bagażowego i usiedliśmy na dość niewygodnych siedzeniach autobusu. O 0:45 wyruszyliśmy z dworca w Lublinie w liczącą ponad 320km trasę do Ustrzyk Górnych.  

Jechaliśmy rozdzierając bezkresną noc przez Kraśnik, Janów Lubelski, Nisko. Nie mogłem zasnąć.  W Rzeszowie mieliśmy dłuższy postój, który pozwolił jedynie na rozprostowanie nóg i odpoczynek dla przemęczonego od siedzenia tyłka. O toalecie można było o tej nocnej godzinie zapomnieć!  

Z Rzeszowa praktycznie bez większych przystanków ruszyliśmy w drogę do Sanoka. Zaczynało świtać. Przed samym Sanokiem udało mi się na chwile zmrużyć powieki w przerywanym dudnieniem autobusu śnie. Obudziłem się dopiero w Sanoku. 

Po postoju w Sanoku już nie spałem. Przez okno sunącego się na wzniesienia autobusu podziwiałem coraz wyższe pagórki bieszczadzkie W słonecznym krajobrazie mglistego poranka przejeżdżaliśmy przez Zagórz, Hoczew, Lesko, gdzie znowu staliśmy kilka minut, Baligród z czołgiem ustawionym na postumencie w środku rynku, Jabłonki gdzie stoi pomnik zamordowanego podczas walk z UPA gen. Karola Świerczewskiego, Lesko, gdzie najprawdopodobniej najładniejszy według znanej piosenki, jest deszcz, Wetlinę, z pięknym widokiem na połoninę i wejściem na przełęcz Orłowicza, stare Berehy Górne (Brzegi Górne), aż do kresu naszej podróży, czyli Ustrzyk Górnych. 

 O7:40 byliśmy na miejscu. Po wyjściu z autobusu i wyjęciu naszych plecaków z luku bagażowego udaliśmy się prosto na Camping PTTK oddalonego od przystanku o jakieś 100m. Ustrzyki zmieniły się znacznie od mojego ostatniego pobytu. Sklepy,kilka restauracji. To już nie te dzikie Ustrzyki, gdzie rano walczyło się ochleb w sklepie, a wieczorem o gorzałkę, która trudniej nawet niż chleb można było zakupić w jednym sklepiku. 

Ok. 8-smej byliśmy już w recepcji Campingu..Kiedy po krótkich poszukiwaniach udało nam się znaleźć odpowiednie miejsce, przystąpiliśmy do rozbijania namiotu. Poszło nam to bardzo sprawnie.  

Po tym spacerku udaliśmy się nad kuszący nas swym szumem Wołowaty. Tutaj przeszliśmy się kawałek kamienistym brzegiem potoku. Zrobiliśmy także pierwsze nasze zdjęcia na tle pięknego bieszczadzkiego pleneru.  

Następnie poszliśmy do „centrum” Ustrzyk Górnych, by zdecydować się na jakiś szlak na dobry początek pobytu. Na szczęście Ustrzyki to wspaniały punkt wypadowy i mięliśmy w czym wybierać. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wejście czerwonym szlakiem na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów – Tarnicę. Nie byłem pewien, czy to dobry pomysł, bo trasa jest dosyć długa, a my zmęczeni jesteśmy trudami nocnej podróży. Ostatecznie jednak postanowiliśmy zaryzykować.  

Skierowaliśmy się więc asfaltową drogą wkierunku siedziby Dyrekcji Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Kiedy doszliśmy domiejsca, gdzie asfalt się kończy zobaczyliśmy budkę Punktu Kasowego. Po uiszczeniu opłaty, weszliśmy na znacznie już węższą ścieżkę prowadzącą w las. Po przejściu kilkudziesięciu  metrów przekroczyliśmy strumyk, który przywitał nas charakterystycznym dla potoków górskich szumem. Po przekroczeniu potoku zaczęliśmy wspinać się łagodną pochyłością do góry. Byłem w swoim żywiole, chociaż nie zaprawiony w chodzeniupo górach i zmęczony po kilku nie przespanych nocach bardzo ciężko znosiłem trudy wspinaczki. 

Po blisko 1,5 godz. marszu i licznych krótkich odpoczynkach dotarliśmy do przeciwdeszczowej wiaty, w której nareszcie mogliśmy spokojnie usiąść i odpocząć. Na szlaku jest dzisiaj dużo turystów. Wszyscy mimo widocznego zmęczenia trudami wędrowania, uśmiechają się do siebie i pozdrawiają serdecznie. W czasie tego odpoczynku zrobiliśmy kilka pierwszych zdjęć z bieszczadzkiego szlaku. Kiedy chociaż trochę odpoczęliśmy udaliśmy się w dalszą drogę w kierunku szczytu.  

Po jakichś 45 min. wspinaczki przekroczyliśmy wreszcie linie lasu i wyszliśmy na szeroką połoninę, z której roztaczał się piękny widok na rozświetlone promieniami słońca bieszczadzkie szczyty. Tutaj zrobiliśmy kolejny odpoczynek i kolejne zdjęcia. Przez przepocone ubrania dmuchał teraz zimny wiatr. Nogi bolały nas niemiłosiernie, ale nic nie było wstanie przyćmić radości z wejścia na górę.  

Po tym odpoczynku udaliśmy się w kierunku Tarnicy.  Niestety nie udało nam się wyjść na jej szczyt, gdyż miałem obawy co do tego wejścia; bałem się, że nie uda nam się wrócić do Ustrzyk przed zapadnięciem zmroku. U stóp stromego podejścia zrobiliśmy sobie kolejny odpoczynek połączony z sesją zdjęciową. Pełna piersią wdychaliśmy czyste, rześkie górskie powietrze. To co zobaczyliśmy na połoninie Szerokiego Wierchu pobudziło moją duszę do marzeń i rozważań nad pięknem tego świata, ogromem i potęgą gór. Na tle których jesteśmy tylko maleńkimi robaczkami. Na sąsiednich szczytach, przez lornetkę widać było maleńkie punkciki – wspinających się lub schodzących z gór turystów. Cieszę się, że tam byłem bo odżyło coś co w moim sercu urodziło się kilkanaście lat temu, a mianowicie wielka miłość do tych gór, do tych pięknych widoków, do tych ludzi, którzy wspinają się na szczyty, by jeszcze raz zobaczyć te piękne widoki. Udowodnić sobie i całemu światu, że potrafimy to zrobić, że pokonaliśmy swoje słabości, zmierzyliśmy się z samym sobą i górami w nierównej walce. 

Kiedy odpoczęliśmy i nawdychaliśmy się górskiego powietrza, upojeni pięknymi widokami, rozpoczęliśmy schodzenie w dół do Ustrzyk Górnych. Jak wiedziałem z własnego doświadczenia schodzenie z gór nie jest wcale lżejsze a niżeli wspinaczka na szczyt, jakby to się mogło wydawać, komuś, kto z górami ma niewiele wspólnego. Cały ciężar naszego ciała jak i plecak i to wszystko co ze sobą niesiemy odczuwamy teraz  na naszych kolanach i łydkach. Nie jest to jednak zbyt uciążliwe i dzielnie dajemy sobie radę z tą niedogodnością.  

Niebawem dochodzimy do linii lasu. Znowu zaczyna się mniej ciekawe zejście. W około widzimy tylko las. Przed nami ponad dwu godzinne zejście do Ustrzyk. Po drodze odpoczywamy w tej samej wiacie gdzie odpoczywaliśmy wchodząc. Kiedy wstałem poczułem się jeszcze bardziej zmęczony, a niżeli przed odpoczynkiem. Dochodzę co wniosku, że lepiej iść i szybciej dojść do celu, a niżeli często odpoczywać i schodzić powoli. Co najgorsze zaczyna nam się kończyć woda. Jej brak i ciągłe limitowanie, wzmaga w nas pragnienie. Teraz tylko zaczynam marzyć o sklepie z zimnym napojem. Najbliższy jest jednak jeszcze kilka kilometrów dalej wpołożonych w dole Ustrzykach. 

Jeszcze kilka razy robimy krótkie przerwy wczasie, których staram się nie siadać, bo wówczas jak wstaję jest jeszcze gorzej. Nareszcie dochodzimy do strumienia. To już dobry znak, że jesteśmy na miejscu. Za raz po jego przekroczeniu wychodzimy z lasu. Na widok Punktu Kasowego BPN uśmiechamy się do siebie. Wiemy, że do celu jest już blisko.  

Kiedy dochodzimy do sklepu w Ustrzykach padam na ławkę zmęczony. Teraz wychodzą nasze braki w przygotowaniu do wyjazdu. Siedzimy dłuższą chwilę przed tym sklepem. Niechce nam się poderwać do góry tyłków. Jedyną myślą jaką motywowała nas do przejścia ok. 100m dzielących nas od pola namiotowego, to świadomość, że tam czeka na nas prysznic i wygodne spanie w namiocie. 

Po dojściu na camping zauważamy, że przybyłodużo namiotów. Wieczorem siedzieliśmy dość długo pijąc piwo i rozmawiają innymi turystami, którzy opowiadali sobie nawzajem o górskich podbojach dzisiejszego dnia. Tego właśnie mi brakowało. Miałem tylko nadzieję, że taki klimat jak dzisiaj utrzyma się do końca naszego pobytu w Bieszczadach. 

Na spoczynek udaliśmy się ok. 11-stej. Owinięty w śpiwór marzyłem tylko o tym, by się porządnie wyspać. To był długidzień (a w moim przypadku to nawet dni) i zasłużyłem na odpoczynek. Nie dane mi było jednak pospać tej nocy. Już po 2-giej obudziła mnie burza.  Jedyne czego się obawiałem to, toże namiot nam przemoknie. Kiedy burza przybrała na sile postanowiłem jednak opuścić namiot. Na szczęście nic się nikomu nie stało, a burzę spędziłem przy budynku, w którym mieszczą się toalety. Burza w górach to coś wyjątkowego. Rozświetlone błyskawicami góry, odbijające się echem od gór grzmoty To coś co koniecznie w górach trzeba przeżyć i czego się szybko nie zapomina Po burzy wróciłem do namiotu. Nie jest źle nic nie przemokło. Nareszcie poszedłem spokojnie spać. 

 3 sierpnia 2009 roku Poniedziałek

 

Drugi dzień naszego pobytu był mniej intensywny, a niżeli pierwszy. Poranek wstał słoneczny i ciepły. W powietrzu po wczorajszym deszczu unosiły się wszystkie zapachy gór. Szumiący za ogrodzeniem campingu Wołowaty  stał się znacznie głośniejszy i głębszy zasilony burzowymi wodami

     Po kawce i porannej toalecie udaliśmy się na śniadanko do baru, gdzie wczoraj wieczorem piliśmy piwo. Wszyscy rozmawiają o nocnej burzy, przemoczonych namiotach i trudnościach na trasach. Po śniadaniu siedliśmy nad mapą i rozważaliśmy warianty dzisiejszej wędrówki. Ostatecznie wybraliśmy zielony szlak „Dookoła Ustrzyk Górnych”. Szlak wydał nam się łatwy i przyjemny na dzisiejsza błotną pogodę. Jak się później okazało to był słuszny wybór. 

      Całe przedpołudnie wałęsaliśmy się po polu namiotowym i centrum Ustrzyk. Dopiero około 12-stej poszliśmy do sklepu gdzie zrobiliśmy zakupy na obiad, który dzisiaj postanowiliśmy zjeść w plenerze. Niedługo potem udaliśmy się w poszukiwaniu wejścia na ten szlak. Zgodnie z mapą i zielonymi znacznikami zaczęliśmy naszą wędrówkę tuż za Hotelem Górskim. Szlak kierował się w kierunku koryta Wołowatego. Po przejściu kilkuset metrów okazało się, że szlak jest bardzo zarośnięty, brak na nim oznakowania. Wysokie rośliny nie obeschłe jeszcze po nocnym deszczu moczyły nasze ubrania. Uznaliśmy, że wędrówka w pokrzywach sięgających twarzy nie jest zbytnią przyjemnością. Nie było innego wyjścia, musieliśmy zawrócić.  Kiedy doszliśmy do szosy z Ustrzyk w kierunku Lutowisk przekroczyliśmy ją i mijając wiatę przeciwdeszczową łagodną łąką z pięknym widokiem na góry, przeszliśmy kolejne kilkaset metrów. Postanowiliśmy usiąść i odpocząć. Nadal czuję się nie wyspany, ostatnia noc nie dała mi zbytniego odpoczynku. Wyjęliśmy swoje zapasy jedzenia i zrobiliśmy sobie pyszne kanapki z mielonką, które popijaliśmy zimnym piwkiem. Nic tak dobrze nie smakuje jak jedzenie w plenerze. Bardzo lubię takie uczty. Nie muszą to być żadne wyszukane potrawy, wystarczą zwykłe kanapki, które w takiej scenerii smakują jak prawdziwe delicje. Zimne piwko gasiło żar słońca, które coraz mocniej przypiekało ostrzegając przed tym co stało się później.

     Kiedy skończyliśmy jedzonko i trochę odpoczęliśmy, mieliśmy iść dalej. Jednak gdy spojrzałem na góry zaniepokoił mnie ich wygląd. Od strony północnego zachodu zaczęły wychodzić delikatne białe obłoczki na tle coraz ciemniejszego nieba. Od strony Soliny zaczęło być słychać, zbliżające się z każdą chwilą grzmoty. Postanowiliśmy wrócić do wiaty, którą mijaliśmy wchodząc na szlak i tam poczekać na rozwój sytuacji. Burza zbliżała się coraz bliżej, już nie tylko grzmoty, ale i błyskawice rozświetlały szczyty gór. Cisza była zatrważająca. Do campingu mieliśmy jakieś 40 min marszu. Postanowiliśmy wracać, burza była już tuż, tuż. 

     Odcinek do campingu pokonaliśmy o wiele szybciej, a niżeli w 40 min. Praktycznie w ostatnim momencie doszliśmy do baru na polu namiotowym. Kiedy tylko znaleźliśmy się pod dachem rozszalała się straszna burza. Deszcz lał i lał jak z cebra. Pioruny waliły w szczyty gór, a siedzieliśmy w barze, gdzie popijaliśmy piwko. Trochę martwiłem się o  namiot, bo wyglądając w kierunku pola namiotowego widzieliśmy kilka przewróconych namiotów targanych silnym wiatrem.

     Po burzy pierwsza rzeczą jaką zrobiłem to poszedłem obejrzeć namiot. Stał w takim stanie jak go pozostawiłem  Nad górami zaczęły powstawać piękne mgły, które to raz wzbijały się w powietrze do znowu drugim razem opadały na zbocza gór. Zrobiliśmy temu zjawisku kilka zdjęć. To cudowny widok.

Po kolacji zaczęło się standardowe spędzanie wieczoru na polu namiotowym, czyli to co robiliśmy dzisiaj przez całe popołudnie.. Po mimo zmęczenia  i nie wyspania chciałem ten czas spędzić jak najintensywniej. Kiedy zamknęli bar przenieśliśmy się do ogniska rozpalonego na środku placu przez jakąś grupę wędrującą po Bieszczadach. Zaczęliśmy trwające do późnych godzin nocnych śpiewanie przy ognisku. Brakowało mi tylko Kasi, która już smacznie spała i nie pociągają ją chyba zbytnio tego typu imprezy. To jest życie za jakim tak długo tęskniłem. Spać poszedłem dosyć późno. Nie pamiętam nawet dobrze o której.


4 sierpnia 2009 roku Wtorek 

 

            Pozwoliłem sobiedzisiaj pospać dłużej. W końcu urlop jest również po to aby odpocząć. Kiedy zwlekłem się z posłania przyszła pora na wybór szlaku na dziś. Jak zwykle ciężko nam było zdecydować się jaki szlak wybrać. Ostatecznie zdecydowaliśmysię na wejście czerwonym szlakiem na Połoninę Caryńską.  

            Rozpoczęliśmy naszą podróż. Od centrum Ustrzyk udaliśmy się szosą w kierunku Wetliny. Po lewej stronie mieliśmy stanicę straży granicznej, a po prawej, nieco zaniedbane schronisko Kremenaros. W okolicach schroniska skręciliśmy w lewo z asfaltowej szosy i znaleźliśmy się przy punkcie kasowym Parku Narodowego. Po zakupieniu wejściówek upoważniających nas do wejścia na szlak, przeszliśmy przez mostek nad strumieniem będącym lewym dopływem Wołowatego (tu zrobiliśmy sobie kilka zdjęć). Dalej szliśmy krętą ścieżką przez płaską łąkę, aż do momentu kiedy doszliśmy do linii lasu. Tutaj szlak zaczął, początkowo łagodniej, a następnie co raz ostrzej wznosić się ku górze. Ja po wczorajszym piwkowaniu i w wszechogarniającym upale szedłem dosyć wolno pocąc się niemiłosiernie. Szliśmywięc lasem wspinając się mozolnie w kierunku połoniny. Po drodze mijaliśmy mnóstwo turystów, to wchodzących, to schodzących z góry. Wszyscy pozdrawialiśmy się serdecznie. Szlak okazał się dość ciekawy. Miejscami rozciągał się szeroko rozgałęziając na kilka ścieżek w innych natomiast wąski, że trzeba było czekać,aż schodzący z góry zejdą uwalniając przejście. 

            Pierwszy dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie zaraz po minięciu polany, na której stała stylowa kapliczka. Usiedliśmy w cieniu, wypiliśmy po większym łyku wody. Po odpoczynku ruszyliśmy dalej w górę. Tutaj szlak stawał się coraz bardziej stromy, a co zatym idzie bardziej trudny. Najgorsze okazało się podejście przed osiągnięciem górnej linii lasu. Tutaj kamienista ścieżka biegła stromo do góry. Ciężar wchodzenia potęgowało nie obeschłe jeszcze do końca po wczorajszej burzy błoto, które szczególnie dało się we znaki.  

            Zmęczeni ale szczęśliwi osiągnęliśmy pierwszy sukces. Opuściliśmy monotonną leśną ścieżkę i szliśmy teraz szerokim grzbietem połoniny. W około rozciągał się przepiękny widok, na Tarnicę, Szeroki Wierch, Kremenaros, obydwie Rawki. Ten widok to coś czego nie jestem w stanie opisać, cos nie powtarzalnego i tak wspaniałego, że aż dusze ściska. Przeszliśmy jeszcze kawałek do samotnej skały znajdującej się naszlaku. Tutaj zrobiliśmy sobie kolejny dłuższy przystanek. Zjedliśmy małe conieco na obiadek, a na deser pożywiliśmy się sycącą czekoladą z orzechami. Kiedy już się nasyciliśmy trzeba było ruszyć dalej. 

            Idąc połoniną wchodziliśmy to w górę, gdzie z porośniętych trawą grzbietów wystawały skaliste wierzchołki wzniesień, to znów schodząc w dół gdzie na ścieżkę zdawały się wdzierać rosnące wszędzie jagodzianki i inna roślina spotykana na bieszczadzkich połoninach. Kiedy wypasano tu owce na miejscu jagodzianek pewnie były krótko wygryzione soczyste trawy.  

            Po jakimś czasie osiągnęliśmy szczyt. Podejście na niego było kamieniste, wąskie i strome. Naszczycie odpoczęliśmy trochę. Nie jest to najwyższa część Połoniny Caryńskiej. Najwyższy jej punkt pozostawał nadal przed nami. Na górze zrobiło się bardzo zimno a z kierunku, w jakim zmierzaliśmy zaczęła wychodzić ciemna chmura i gwałtownie spadła widoczność. Wiedziałem, że pogoda w górach jest zmienna, ale zapomniałem od ostatniego pobytu, że zmienia się, aż tak gwałtownie.  

            Postanowiliśmy niewchodzić już na najwyższe wzniesienie Caryńskiej, a dojść jedynie do rozwidlenia, gdzie czerwony szlak łączy się z zielonym. Kiedy zbliżaliśmy siędo tego miejsca góry pokryte były już gęstą czapą chmur. Wyglądało to niezbyt ciekawie. Wczoraj w barze dowiedzieliśmy się, że podczas ostatniej burzy na Połoninie Wetlińskiej piorun poraził dwoje turystów, których GOPR w ciężkimstanie przetransportował śmigłowcem do szpitala. To jeszcze bardziej pogłębiło nasz niepokój związany ze zmieniającą się pogodą. 

            Rozpoczęliśmy schodzenie stromym zielonym szlakiem w dół zbocza. Szlak schodził dość stromo w dół. Ta stromość dawała się szczególnie we znaki przy leśnych jego odcinkach. Szczyty za nami tonęły już całkowicie w ciężkich chmurach. Na dole natomiast świeciło piękne sierpniowe słońce. 

            Po ponad godzinnym schodzeniu znaleźliśmy się na Przełęczy Wyżniańskiej. Po za punktem kasowym parku i przystankiem PKS nie wiele się tutaj zobaczy. Jednak po kilku godzinach spędzonych na połoninach i to wydawało się szczytem cywilizacji. Z drugiej strony szosy łączącej Wetlinę z Ustrzykami Górnymi, znajduje się wejście na szlak prowadzący na Małą i Wielką Rawkę. Nieopodal znajduje się piękna bacówka „Pod Małą Rawką”. Kiedy zaszliśmy na przystanek spotkaliśmy grupę turystów czekających na jakiś transport do Ustrzyk. Okazało się, że autobus mamy dopiero za pół godziny. Mieliśmy jednak szczęście. Podjechał samochodem jakichś dwóch turystów i zaproponowało nam podwiezienie do Ustrzyk. Oczywiście się zgodziliśmy i już chwilę później mknęliśmy Wielką Pętlą Bieszczadzką do miejsca naszego spoczynku. Ludzie w Bieszczadach co można nawet zauważyć po tym geście są całkiem inni, a niżeli na co dzień. Są bardziej życzliwi, lepsi, otwarci na drugiego człowieka.  

Po kilkunastu minutach byliśmy w „centrum” Ustrzyk w tym samym miejscu, z którego w południe wyruszyliśmy na szlak. Pożegnaliśmy się z panami, którzy nas podwieźli. Postanowiliśmy pójść do sklepu po zakupy. Wówczas to na półce ujrzałem… piwo, ale nie byle jakie piwo bo różnych piw było tutaj mnóstwo, ale… lubelską „Perłę”. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności jej wypicia, Kupiliśmy więc kilka piwek do ogniska i udaliśmy się na pole namiotowe. 

            Tam zabraliśmy się za przygotowywanie ogniska. Paradoksem jest, że największym problemem w lesistych Bieszczadach był… problem z drewnem na ognisko. Okazało się, że nigdzie nie ma żadnych gałęzi. W celu znalezienia czegoś do rozpalenia ognia poszliśmy nad brzeg Wołowatego. Znajdujemy się na terenie Parku Narodowego i nie mieliśmy zamiaru nic niszczyć. Znajdowaliśmy tylko tyle ile wyrzucił na brzeg strumień, ale nie było tego zbyt wiele. Wracaliśmy na pole namiotowe z całkiem realną wizją jedzenia zimnych kiełbasek. Z pomocą przyszły nam zagraniczne turystki, które właśnie gotowały coś na ogniu i miały trochę cennego drewna. Uradowani wróciliśmy i rozpoczęliśmy rozpalać ogień. Nie szło to zbyt łatwo bo drewno było jeszcze mokre po wczorajszym deszczu.  

            Po pysznej kolacji zakrapianej piwkiem postanowiliśmy pójść jeszcze pod bar na campingu. Tutaj spotkaliśmy siedzących już przy piwku znajomych, których poznaliśmy na polu namiotowym (a raczej przy tym właśnie barze). Jak już nie jeden turysta zauważył w Bieszczadach jest inny klimat do picia. Pije się dosyć dużo (tojedna z bieszczadzkich tradycji), a rano wstaje się jakby nigdy nic. Dzisiaj jak i w inne wieczory nie obyło się bez siedzenia przy piwie. Nie trwało to jednak długo, bo zachciało mi się spać. Kiedy się tylko położyłem i usnąłem. Obudziła mnie burza.. Znowu ciężka noc. Po burzy poszedłem w końcu spać. Padłem jak mucha. Zdawało mi się, że jutro prześpię cały dzień. 


5 sierpnia 2009roku Środa 

 

            Nad Bieszczadami wstał chłodny, pochmurny i deszczowy dzień. Ciężkie chmury zasnuły niebo i padał z nich dość gruby deszcz bębniąc równomiernie o płachtę namiotu. W taki dzień jak dzisiaj nie chciało mi się wychodzić z pod ciepłego śpiworu. Czyżby szczęście przestało mi sprzyjać? Miałem tylko nadzieję, że ten front atmosferyczny szybko przejdzie a deszcz nie będzie padał przez następne kilka dni do końca  pobytu. 

            Kiedy ostatecznie postanowiłem wstać i wyjść z namiotu zobaczyłem gęste, ciemne chmury, z których padał rzęsisty deszcz. Góry parowały a ich szczytów nie było widać z pod chmurnej czapy. Widok był mało optymistyczny.  Pogoda zapowiadała się całkowicie barowa, co bardzo mnie zmartwiło. Nie tracąc nadziei na słońce zaczęliśmy z uśmiechem kolejny dzień pobytu w Bieszczadach. Założyliśmy wszyscy peleryny przeciwdeszczowe i w drogę. Trochę śmiesznie w ich wyglądaliśmy, ale to nic w porównaniu z tym, że były one bardzo praktyczne i nie zajmowały rąk.. Poszliśmy do „centrum” Ustrzyk. Tam w licznych straganach wybraliśmy widokówki. Potem był czas na ich wypełnienie i wysłanie z miejscowej poczty.   

Widokówki poszły w Polskę, a my wróciliśmy na nasze pole namiotowe. Posiedzieliśmy trochę przeglądając mapę i planując wyjścia w góry na następne dni, kiedy deszcz w końcu przestanie padać. 

 Wieczorem oczywiście odwiedziłem znajomych siedzących przy barze. Kocham te wieczorne rozmowy i śpiewy przy gitarze. Mam nadzieję, że jutro będzie lepsza niż dzisiaj pogoda. Poszedłem spać, by przespać w końcu całą noc. 


6 sierpnia 2009 roku Czwartek

Deszcz nareszcie przestał padać, ale jest pochmurno, a szlaki są rozmoknięte. Nie wiedzieliśmy co dzisiaj robić. Postanowiliśmy pójść porobić sobie zdjęcia. Na początku pyknęliśmy sobie fotki na tle gór i Stanicy Straży Granicznej. Przy rozłożonej mapie rozważaliśmy wszystkie możliwości na spędzenie dalszej części dnia.. Wpadłem na pomysł by pojechać do Wołowatego, a potem pomyślimy co dalej. Po spakowaniu niezbędnego podręcznego wyposażenia wyruszyliśmy w drogę. W tym celu złapaliśmy busa, który jechał właśnie do Wołowatego. Tak naprawdę to jechał tylko dla nas bo byliśmy jedynymi jego pasażerami.        Po przejechaniu ok.  6 km znaleźliśmy się w Wołowatym gdzie wysiedliśmy w centrum miejscowości. Nieopodal znajdował się niewielki camping, zorganizowany w zabudowaniach bardziej przypominających starą szkołę, a niżeli ośrodek wypoczynkowy. Wołosate jest najbardziej wysuniętą na południe stale zamieszkałą wsią w Polsce. Na stałe mieszka tu ok. 40 mieszkańców. Dla mnie Wołosate zawsze będzie kojarzyło się ze stanicą harcerską i zespołem „Wołosatki”, którego piosenki bardzo mi się podobają.
       Poszliśmy drogą przeciwpożarową w kierunku Tarnicy. Nie odchodziliśmy daleko i nie schodziliśmy z drogi by nie narazić się na mandat od Straży Parkowej. Tutaj zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Nie tylko sobie zresztą robiliśmy zdjęcia ale i górom oświetlanym przez pierwsze promienie słońca. Nareszcie zaczęło się na dobre wypogadzać. Następnie postanowiliśmy odwiedzić stadninę koni huculskich. Niestety mieliśmy pecha, gdyż wszystkie hucuły spędzają okres od wiosny do jesieni na pastwisku pod Tarnicą. Musieliśmy się zadowolić jedynie podziwianiem zwykłej wielkości i urody koni. Zawsze kochałem konie i miałem z nimi dobry kontakt. Tak było i teraz. 
Pożegnaliśmy konie i poszliśmy na przystanek, gdzie o dziwo czekał na nas bus, którym pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, gdzie mieliśmy krótką przerwę w podróży. Przerwa była wynikiem tego, że znowu podróżowaliśmy busem jako jedyni pasażerowie i kierowca liczył, że uda mu się kogoś dokooptować w Ustrzykach. Niestety nie udało się pozyskać klienta i sami pojechaliśmy do Wetliny.
Wetlina położona jest w najwyższej części Bieszcadów, nad potokiem Wetlinka, u stóp Połoniny Wetlińskiej. Ta stosunkowo niewielka miejscowość jest najlepiej zagospodarowanym ośrodkiem turystycznym i letniskowym w wysokiej części Bieszczadów. W samej Wetlinie nie ma zbyt wielu zabytków. Kierowca busa był tak życzliwy, że zawiózł nas w okolice, która nas najbardziej interesowała, czyli do Starego Sioła. Znajduje się tutaj ok. 3m wodospad. Po wyjściu z busa poszliśmy w kierunku pensjonatu „Leśny Dwór”. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zeszliśmy na ścieżkę prowadzącą do wodospadu. To naprawdę piękne miejsce. Szkoda, że nie można podejść bliżej by zrobić lepsze zdjęciaBłoto po wczorajszym deszczu jeszcze nie obeschło i trochę ciężko jej było poruszać się po śliskich ścieżkach.
Po opuszczeniu wodospadu poszliśmy drogą wiodącą wzdłuż „Wetlinki”, do mostu na tej rzeczce, gdzie zeszliśmy na kamienisty brzeg. Nie obyło się oczywiście bez wizyty w jednym z wetlińskich barów. Weszliśmy do pierwszego lepszego lokalu o typowo góralskim wystroju, z drewnianym barem i takimi samymi stołami wykonanymi z grubych, bukowych bali. Tutaj siedzieliśmy popijając piwko. Czas płynął swoim monotonnym bieszczadzkim rytmem.  Po piwkach postanowiliśmy wracać do Ustrzyk. Podreptaliśmy więc na przystanek busów. Po drodze odwiedziliśmy sklep i galerie sztuki ludowej. O jakież tam można cudeńka kupić. Cos pięknego. Jednak na większość wystawianych tam eksponatów niestety nie było nas po prostu stać. Wyszliśmy więc nic nie zakupiwszy.  Zapakowanym turystami busem, przez Berehy i Przełęcz Wyżniańską wróciliśmy do Ustrzyk Górnych. Poszliśmy do baru, gdzie zamówiliśmy sobie po pysznej i ogromnej porcji „placków po bieszczadzku”.  Wieczór spędziliśmy tradycyjnie przy ognisku. Siedziałem wiec do późnych godzin nocnych pijąc piwko i rozmawiając ze zgromadzonymi turystami.  

7 sierpnia 2009 roku Piątek

Dzisiejsza noc była zimniejsza od poprzednich. Po przejściu frontu atmosferycznego, tego w wyniku, którego przez ostatnie dwa dni padało i była brzydka, temperatura w nocy znacznie się obniżyła. Trochę mnie to zmartwiło, bo bez odzieży termiczne w nocy dotkliwie marzniemy. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wyjazd nad Solinę.
     Po wyjściu z autobusu poszliśmy na Zaporę. Zapora Solińska imponuje rozmiarami – ma długość 664m i wysokość 82m. Powierzchnia zbiornika wynosi 2200ha, a największa głębokość – 60m. To prawdziwy kolos. Idąc po szczycie zapory, gdzie utworzono deptak, zatłoczony turystami, robiliśmy sobie zdjęcia. Odwykliśmy od zgiełku i tłumów przez te dni spędzone w Ustrzykach. 
Zaporą przeszliśmy na przeciwległy brzeg Jeziora Solińskiego. Zarówno po jednej jak i po drugiej stronie atmosfera była jak na odpuście. Mnóstwo straganów z pamiątkami, budek z jedzeniem, dyskotek i barów. Na kamienistej plaży, na którą wyszliśmy „byczyło” się mnóstwo wczasowiczów. Poszliśmy, na największą atrakcję, jaka nas interesowała, czyli do przystani Białej Floty. Tutaj zakupiliśmy bilety na rejs statkiem po Solinie. Kiedy statek podpłynął weszliśmy na pokład. Zająłem miejsce przy oknie. Kiedy odpłynęliśmy, z głośników dość zadbanego i wygodnego statku turystycznego, popłynęły informacje na temat zapory i Zalewu Solińskiego. Można było usłyszeć wiele ciekawych informacji o historii i chwili obecnej zbiornika. Informacje przeplatane były elementami odpowiedniej do nastroju muzyki. Płynąc oglądaliśmy piękne widoki wyłaniających się z wody szczytów dawnych gór, które teraz są wyspami. Zbocza opadające stromo do wody. Coś pięknego. Kasi chyba nie bardzo podoba się na Solinie. Nudziła się na statku. Kiedy dobijaliśmy do „portu” z głośników leciały „Zielone wzgórza nad Soliną” Wojciecha Gąsowskiego. Zrobiło mi się smutno, że już za kilkanaście godzin przyjdzie mi opuścić ten raj na ziemi. Na pewno będzie ciężko. Po zejściu na ląd poszliśmy z powrotem przez zaporę. Postanowiłem coś zjeść. Już od dawna chodziła za mną rybka ze smażalni. Jadłem w pośpiechu, bo za chwilę mieliśmy autobus, który miał zabrać nas w drogę powrotną. To już ostatni autobus bezpośrednio z Soliny do Ustrzyk. Podróż powrotną praktycznie całą przespałem.
Kiedy dojechaliśmy do Ustrzyk postanowiłem pójść do położonego nieopodal naszego campingu, w zielonym domku Muzeum Turystyki Górskiej PTTK. Wstęp do muzeum jest bezpłatny. Eksponowane są tutaj głównie pamiątki turystyczne z pionierskiego okresu turystyki bieszczadzkiej. Oglądaliśmy tutaj ciekawe, wypchane eksponaty ptaków i zwierząt występujących w Bieszczadach. Znajduje się tu także wiele ciekawych zdjęć i dokumentów. W muzeum wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi gości.  Po powrocie na pole namiotowe poszedłem do baru cos zjeść. Na polu namiotowym jest bardzo  dużo turystów z różnych stron Polski i Europy. Tych którzy są już tutaj dłużej już poznałem. Siadam z nimi co wieczór z gitarą i śpiewamy do późnych godzin nocnych. Jutro może uda nam się wyjść gdzieś na szlak. 

8 sierpnia 2009 Sobota

Po kolejnej dość zimnej nocy wstał ciepły i pogodny dzień. Jak się później okazało, dzień bardzo udanych wędrówek po górach.. Zastanawiałem się jaki szlak na dzisiaj wybrać. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Małą i Wielką Rawkę. Kiedy już załadowaliśmy się do busa ruszyliśmy w kilkunastominutową podróż na Przełęcz Wyżniańską.
 Z Przełęczy Wyżniańskiej wyruszyliśmy na południe szeroką, gruntową drogą, przechodząc obok łysego wierzchołka Wyżniańskiego Wierchu (913m.n.p.m), i wkrótce docieramy do położonego pod lasem schroniska PTTK „Pod Małą Rawką”. Tutaj mamy krótki odpoczynek na zrobienie zdjęć. Schronisko jest bardzo ładne, a z jego wnętrza dolatywał intensywny zapach gotowanego bigosu. Kilkunastu turystów siedziało przed schroniskiem popijając zimne piwo. To ostatnie cywilizowane miejsce na naszym dzisiejszym szlaku. Dalej musimy już radzić sobie sami.  
Od schroniska za zielonymi znakami kierujemy się w prawo – początkowo równolegle do krawędzi lasu wędrujemy poziomą dróżką. Po kilkuset metrach skręcamy w lewo w leśną drogę. Podejście jest bardzo mozolne – podchodzimy stromo wśród ładnych buków, karlejących ze wzrostem wysokości. Na przestrzeni ok. 1,5km szlaku pokonujemy ponad 350m różnicy wysokości. Podczas wspinaczki robimy przerwy w czasie których robimy zdjęcia. Do najciekawszych należą te robione na licznych kaskadach mijanego przez nas po prawej stronie potoku.  W końcu dochodzimy do grzbietu. Zielone znaki skręcają tu w prawo do Wetliny. My natomiast wchodzimy na szlak oznakowany kolorem żółtym i wkrótce stajemy na szczycie Małej Rawki (1267m.n.p.m). Pięknie prezentuje się stąd szczyt Wielkiej Rawki z urwistymi północnymi stokami. W oddali widać piękne gniazdo Tarnicy. 
    Tutaj postanowiliśmy znowu odpocząć. Robimy piękne zdjęcia. Podróż na szczyt zmęczyła nas na tyle, że poczuliśmy głód. Wyjęliśmy więc nasz prowiant i zrobiliśmy sobie pyszne kanapki z pomidorem. Po jedzeniu, nasyceni i trochę przemarznięci, gdyż na połoninie wiał zimny nieprzyjemny wiatr, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy teraz obniżającą się łagodnie ścieżką i wchodzimy na siodełko zarośnięte skarłowaciałą buczyną. W żadnym innym miejscu w całych polskich Bieszczadach las nie sięga tak wysoko, jak właśnie tu. . Północne Stoki Wielkiej Rawki, są miejscem, gdzie górna granica lasu zachowała się w mało zmienionej formie. Można tu wyobrazić sobie jak dawniej – zanim rozpoczęła się tu gospodarka pasterska – wyglądały połoniny. Wychodzimy z lasu i szerokim łukiem pokonujemy stromiznę stoku. Wkrótce osiągamy wyrównany grzbiet i główny wierzchołek Wielkiej Rawki (1307m.n.p.m). Znajduje się tu pokaźny betonowy słup – dawny punkt geodezyjny, a nieopodal niego niewielkie skałki. 
     Robimy sobie kolejny odpoczynek. Ze szczytu rozciąga się wspaniała panorama. W dole pod nami leżą maleńkie jakby się wydawało Ustrzyki Górne. Za nimi rozciąga się masyw Tarnicy z charakterystycznym siodłem między Tarnicą i Szerokim Wierchem. Bardziej ku północy ciągnie się Połonina Caryńska, a całkowicie na północy widać piękną sylwetkę Połoniny Wetlińskiej z budynkiem schroniska (Chatka Puchatka) na wschodnim krańcu. Z kolei ku zachodowi widać całe pasmo graniczne. Widoki zapierają dech w piersiach. Jak najwięcej z nich uchwycić obiektywem aparatu.
     Dalej poszliśmy w miejsce, gdzie w prawo odbija szlak na Kremenaros. Tutaj znowu zatrzymaliśmy się nachwalę by porobić zdjęcia. Zastanawialiśmy się na tym czy wybrać się na ten szczyt, gdzie stykają się granice trzech państw: Polski, Ukrainy i Słowacji. Ostatecznie jednak zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, gdyż nie wiedziałem czy później zdążymy zejść do Ustrzyk. Dojście i powrót na Kremenaros zajęło by nam minimum 1,5h. 
Po odpoczynku rozpoczęliśmy schodzenie z Wielkiej Rawki niebieskim szlakiem. Początkowo ścieżka schodziła dosyć ostro w dół.  Na szczęście po przekroczeniu linii lasu szlak schodził już delikatniej i mogliśmy spokojnie schodzić. Udało nam się nawet całkiem nieświadomie zejść ze szlaku i przez moment się zgubiliśmy. Nie była to jednak do końca nasza wina a ekipy znakującej szlak, którą mijaliśmy kiedy wchodziła pod górę. Zrobiła ona nowe oznakowanie na szlaku, a zapomniała usunąć starych. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze i po chwili wróciliśmy na szlak Droga dłużyła mi się niesamowicie. Na końcu szlaku przeszliśmy przez mostek na strumieniu. Tutaj znowu zrobiliśmy kilka zdjęć.
     Po zdjęciach wyszliśmy na parking, na którym znajdował się jedynie nieczynny już o tej porze Punkt Kasowy BPN. Pozostało nam do osiągnięcia celu jakim są Ustrzyki Górne jakieś dwa kilometry. Okazały się one dla mnie bardziej meczące niż ta część szlaku, którą mieliśmy już za sobą, a to przez to, że trzeba było iść asfaltem. Osobiście wolę marsze terenowe. 
     W Ustrzykach dużo osób (tych zmotoryzowanych oczywiście) pojechało do Lutowisk, gdzie dzisiaj odbywają się „Dni Żubra”. Niestety nie udało mi się zorganizować transportu by zaliczyć tę imprezę.
     Wiedziałem, że jak wrócą to znowu zacznie się coś dziać. Kiedy tylko zjechali z gitarami przyszliśmy pod ognisko, gdzie zaczęły się codzienne wieczorne śpiewy. Dzień dzisiejszy był bardzo u dany. Miałem nadzieję, że jutro też taki będzie. 

9 sierpnia 2009 Niedziela

To już niestety przedostatni dzień pobytu w Bieszczadach. Dzisiaj udało nam się pożyczyć rowery i udać się na wycieczkę rowerową. Udaliśmy się jak poprzednio planowaliśmy w kierunku Lutowisk. Wielka Obwodnica Bieszczadzka opada tutaj delikatnie w dół wijąc się licznymi zakrętami doliną Wołowatego. Dzięki tej pochyłości jazda była dosyć przyjemna i mało męcząca. Jedynym utrudnieniem dla nas jako rowerzystów był dość duży ruch panujący na drodze. Ale to chyba normalne kiedy znajduje się człowiek na terenie o tak rzadkiej sieci dróg jak tutaj w Bieszczadach. Przezwyciężyliśmy jednak i ten problem. W końcu jesteśmy wybornymi rowerzystami. Pierwszy odpoczynek zrobiliśmy sobie przy wiacie przystankowej w Bereżkach. Tam zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle pasących się na wybiegu koni. Czuję, lekkie zmęczenie w nogach. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
      Drugi przystanek zrobiliśmy sobie przy sklepie Pszeczelinach. Przejechaliśmy przez miejscowość Stuposiany i most na Sanie. Kiedy nacieszyliśmy oko Sanem postanowiliśmy pojechać jeszcze dalej do oddalonego dosłownie o kilkaset metrów Smolnika n. Sanem, gdzie chcieliśmy obejrzeć XVIII wieczną cerkiew. Bo być w Bieszczadach i nie widzieć cerkwi, to nie do końca w nich być. Pojechaliśmy wiec przejeżdżając skrzyżowanie w Prościsnym i podjechaliśmy na lekkie wzniesienie. Tu zobaczyliśmy znak wskazujący drogę prowadzącą do cerkwi. Pojechaliśmy płytową drogą do położonej na wzniesieniu świątyni. Po przejechaniu jakichś 300m byliśmy na miejscu. Cerkiew wyglądała imponująco. Jest to jedyna zachowana w polskich Bieszczadach cerkiew reprezentująca typ bojkowski. Każdą z trzech części drewnianej konstrukcji świątyni zwieńczona jest kopułą. Jedna z najstarszych cerkwi powstała w 1791r. i jest jedyną pozostałością po niegdyś ludnej wsi Smolnik. Obecnie jest to kościół filialny parafii rzymskokatolickiej w Lutowiskach.  W środku trwa właśnie remont polichromii. Oprócz cerkwi oglądaliśmy jeszcze stary przycerkiewny cmentarz, na którym zachowało się kilka starych nagrobków. Oczywiście wszystko utrwaliliśmy na zdjęciach. 
      Przyszedł czas na powrót do Ustrzyk. Dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie w Pszczelinach. Tutaj znowu odwiedziliśmy sklep. Najcięższym etapem był jednak ten od sklepu do Bereżek, gdzie był następny postój. Zmęczeni, ale szczęśliwi wjechaliśmy do Ustrzyk. Ze znajomymi umówiliśmy się na koncert „Wołosatek”. Na pójście na koncert udało nam się namówić naszych znajomych z sąsiedniego namiotu. 
Poszliśmy więc do „Zajazdu Pod Caryńską”, gdzie odbył się koncert. „Włosatki” dały naprawdę super występ. „Włosatki” to zespół który na turystycznej scenie występuje już od 35 lat. Wykonują głównie muzykę z nurtu turystycznego oraz poezje śpiewaną. Moi ulubieńcy w końcu. 
   Po koncercie wróciliśmy na polenamiotowe. Tutaj chcąc przedłużyć koncertowy klimat siedliśmy wszyscy przyognisku i co prawda w bardziej kameralnych warunkach, ale na nie niższym aniżeli „Włosatki” poziomie artystycznym rozpoczęliśmy koncertowanie. Będzie mibardzo brakowało tych wieczorów spędzonych przy ognisku. Śpiewów przy dźwiękachgitar. Już tęsknię za rozmowami z turystami o przebytych szlakach i przygodachjakie przeżyliśmy. Nie siedziałem dzisiaj zbyt długo przy ognisku, bo noc byłabardzo zimna i zaczęło mnie dosłownie telepać. Mimo, że z ogniska buchałoprzyjemne ciepło. Poszliśmy wiec do namiotu, gdzie ułożyliśmy się spać. To ostatnianoc pod namiotem. Jutro przyjdzie czas na pożegnanie z górami i tymniepowtarzalnym ich klimatem. Ale to dopiero jutro.


10 sierpnia 2009 Poniedziałek
 

Obudziłem się nieco później, a niżeli zazwyczaj. Od rana zająłem się  pakowaniem plecaka i składaniem namiotu Następnie kupiliśmy pamiątki oscypka i książkę Jerzego Janickiego „Opowieści bieszczadzkie”. Bardzo jestem z tej ostatniej pamiątki zadowolony, bo widzę, że lektura tej książki zadowolony, będzie pasjonująca i będzie mi przypominała dni spędzone w górach. Po powrocie na camping poszedłem nad Wołosaty. Woda była cieplutka i zachęcała do takich spacerów. Jedyne czego się w niej obawiałem, to śliskich kamieni jakimi wyścielone zostało przez naturę dno strumienia. Żal było odjeżdżać, no ale co zrobić. Kiedy byliśmy już na dworcu w Sanoku wzięliśmy swoje bagaże i wysiedliśmy z autobusu. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu do Lublina. 

Kiedy podjechał autobus schowaliśmy nasze bagaże do luku i usiedliśmy w średnio wygodnych fotelach i ruszyliśmy w drogę. Szkoda było wracać, cóż począć. Wszystko dobre kiedyś się kończy. Najważniejsze by skończyło się dobrze. W tym przypadku na szczęście tak było. Wracaliśmy zmęczeni, ale uradowani, z nadzieja w sercu, że jeszcze kiedyś uda nam się spojrzeć w doliny z pięknych bieszczadzkich połonin. 
       

Obejrzyj koniecznie: Zdjęcia i opisy z wyjazdu w Bieszczady


U częstoborowickich źródeł - 13 czrwca 2009

Trasa:  Rybczewice - Częstoborowice - Rybczewice
Długość trasy:   ok. 5 km

Źródła pulsacyjne w Częstoborowicach są jednymi z wielu położonych na terenie Krzczonowskiego Parku Krajobrazowego i jego otuliny. Urzekają swoją wydajnością, zawartością minerałów, czystością. To wciąż nie odkryte i nie wykorzystane bogactwo Gminy Rybczewice. Wody bijące w większości ze zboczy doliny, zasilają rzekę Giełczew – lewobrzeżny dopływ Wieprza.

13 czerwca 2009 roku wybrałem się rowerem do oddalonych od mojego domu o ko. 2,5 kilometra Częstoborowic. Padający deszcz i zachmurzone niebo nie zachęcały do podróżowania. Mimo to postanowiłem nie marnować popołudnia. Po przejechaniu drogą wojewódzką nr. 837 pojechałem w kierunku południowym. Po minięciu poprawej stronie Kościoła pw. św. app. Piotra i Pawła i dalej tą samą drogądojechałem do dość zarośniętego, położonego po lewej stronie szosy zagajnika.

Źródła otoczone są betonowymi obręczami. Bijąca woda strugiem zasila płynącą nieopodal rzekę i stawy hodowlane. Krystalicznie czysta woda spływała łagodnie po oszlifowanych kamieniach. Po zrobieniu kilku zdjęć udałem się w drogę powrotną do domu…

Ileż to wody wypłynęło z tych źródeł? Ile wody wynieśli po stromym zboczu doliny okoliczni mieszkańcy? Tego nie da się policzyć! Ludzie odeszli… źródła wytrwale biją dalej…


Obejrzyj koniecznie: Zdjęcia i opisy z wyprawy do źródeł 

Kreator www - przetestuj za darmo