Tomasz Banach - Turystyka, pasja, przygoda
Wspomnienia, relacje, fotki z moich wojaży turystycznych

Rok 2012

Przedświąteczna wędrówka po Lasach Kozłowieckich - 22 grzudnia 2012

Trasa: Trzciniec - Lasy Kozłowieckie - Niemce
Długość trasy: ok. 15 km
     Spotkanie uczestników dzisiejszej wędrówki miało miejsce na Dworcu Głównym PKS w Lublinie o 7:30, skąd busem pojechaliśmy do Trzcińca. Grupa nie była zbyt liczna bo pięcioosobowa. Sami faceci – taki typowy przedświąteczny męski wypad w ucieczce przed świątecznymi porządkami, a także okazja do podsumowania mijającego roku.
    Po dojechaniu do miejscowości Trzciniec, przeszliśmy początkowo wzdłuż drogi krajowej nr 19, w kierunku, z którego przyjechaliśmy. Po przejściu kilkudziesięciu metrów i minięciu niewielkiego kanaliku z wodą przechodzimy na drugą stronę 19-stki, by dalej podążać asfaltową drogą, pokrytą dzisiaj lodem w kierunku zbliżonym do zachodniego. Po drodze minęliśmy ciekawe, podwójne bocianie gniazdo zlokalizowane na jednym z przydrożnych słupów energetycznych. Pogoda była typowo zimowa. Lekki mróz, niestety zachmurzone niebo i prószący od czasu, do czasu śnieg.
    W miejscowym sklepie zrobiliśmy ostatnie zakupy, by wyruszyć w las. Następny sklep znajdował się dopiero na końcu naszej wędrówki, więc „zaopatrzenie” musiało być przemyślane. Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy budynku, w którym znajduje się Remiza OSP i Biblioteka w Trzcińca. Tutaj zrobiliśmy też pierwsze grupowe zdjęcia, by po chwili wyruszyć w dalszą drogę. Zabudowania wiejskie stawały się coraz rzadsze i w oddali można już było podziwiać niedaleki las. Po 20-stu minutach spokojnego marszu przeszliśmy przez przejście pod torami kolejowymi.
    Dalej wąską dróżką przeszliśmy w kierunku lasu, skręcając w lewo. Moją uwagę (i mojego aparatu) przyciągały liczne, przydrożne krzyże i kapliczki. Udaliśmy się w kierunku wsi Majdan Kozłowiecki. W okolicach tej miejscowości weszliśmy do lasu. Po lewej stronie minęliśmy, częściowo zamarznięte mokradła. Znaleźliśmy się na terenie Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego.
    Po wejściu do lasu zrobiliśmy pierwszy odpoczynek, podczas którego posililiśmy się nieco i pokrzepili na dalszą drogę. Nieopodal miejsca, w którym stanęliśmy, śnieg był wyraźnie zryty – z całą pewnością ślady bytności dzika. Pewnie pod śniegiem szukał tego co my przynieśliśmy ze sobą do lasu, czyli jedzenia. Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Rezerwatu Kozie Góry. Rezerwat ten powstał by chronić ostoję dębu bezszypułkowego.
    Leśną drogą powędrowaliśmy w okolice niedawno wybudowanej ambony myśliwskiej, gdzie zrobiliśmy kolejny, krótki postój podczas, którego zrobiliśmy kilka fotek. Dalej szliśmy drogą oznakowaną jako ścieżka rowerowa. Las pokryty był piękną, białą powłoką. Wędrówka momentami była ciężka, gdyż trzeba było wydeptywać zasypane śniegiem, leśne ścieżki. Humory jednak nam dopisywały.
    Kilka minut po południu doszliśmy do wiaty w lesie i miejsca przeznaczonego do palenia ognisk. Tutaj ze śniegu „wygrzebaliśmy” trochę chrustu, co pozwoliło nam zorganizować niewielkie turystyczne ognisko. Nie zabrakło oczywiście pieczonych specjałów i czegoś „na rozgrzewkę”. Był także czas na podsumowanie minionego roku i plany na przyszłość. To ostatni mój rajd w tym roku niestety.
    Kiedy wyruszaliśmy w dalszą drogę na niebie zaświeciło piękne grudniowe słońce (co prawda na chwilę) rozświetlając swymi promieniami śnieżny kozłowiecki las. Zawsze przyjemniej jest wędrować kiedy ma się dobre towarzystwo, pełny żołądek i słoneczko nad głową. Idąc leśnymi drogami doszliśmy w okolice drogi krajowej nr 19. Nie mieliśmy jednak ochoty na wędrowanie wzdłuż ruchliwej trasy, więc skręciliśmy ponownie w las. Tym lasem doszliśmy do przepięknego młodnika sosnowego. Iglaki wprawiły mnie w iście świąteczny nastrój. Zapach igieł, śnieg – czego więcej trzeba na święta. Mam nadzieje, że taka aura utrzyma się przynajmniej do wigilii.
    Doszliśmy w okolice wsi Zalesie. Stąd widać już było wierze kościoła w Niemcach, gdzie planowaliśmy zakończyć naszą dzisiejszą wędrówkę. Pozostało nam do przejścia ok. 2 kilometrów. Na przeszkodzie do dotarcia do celu stanął nam wąski rów z wodą, który udało nam się na szczęście pokonać jednym skokiem. Okazało się, ze to nie koniec przeszkód, gdyż za strumyczkiem „wylądowaliśmy” na podmokłej, niestety nie do końca zamarzniętej łące. Ta przeszkodę także udało nam się pokonać. Będąc jeszcze w pleneru nadszedł czas na otwarcie ostatniej dzisiejszej atrakcji, amianowicie butelki rosyjskiego szampana sponsorowaną przez kol. Marcina. W końcu Sylwester już blisko i pewnie nie będzie możliwości się spotkać, przeważnie, że Marcin wyjeżdża po świętach za granicę.
    Po trudach dotarliśmy do miejscowości Niemce – celu naszej wędrówki. Tutaj postanowiliśmy się chwilę ogrzać w miejscowym barze. Niestety – okazał się zamknięty. Poszliśmy więc dalej docierając do restauracji hotelowej. Była możliwość zjedzenia czegoś dobrego (ja wsunąłem flaki i goloneczkę) i rozprostowania nóg. Byłoby całkiem miło gdyby nie drobny incydent z właścicielem, który chyba nie ma w sobie ducha podróżowania i oskarżył nas (zresztą całkowicie bezpodstawnie) o jedną rzecz, o której nie chce mi się nawet wspominać. Nie wszyscy muszą lubić Łazików – niestety!
     Po opuszczeniu lokalu udaliśmy się na przystanek, skąd odjechaliśmy do Lublina. Jak już pisałem to mój ostatni wypad w tym roku niestety, a tym samym i ostatni opis. Zobaczymy się na szlakach „za rok”. Mam nadzieję, że uda nam się pokonać jak największą ilość kilometrów, odwiedzić mnóstwo ciekawych miejsc, spotkać wielu wspaniałych ludzi na naszych życiowych ścieżkach… Zachęcam do wspólnego wędrowania i życzę Wszystkiego Najlepszego w przyszłym 2013 roku.

Obejrzyj koniecznie zdjęcia z przedświątecznej wędrówki po Lasach Kozłowieckich 

"Mikołajkowy Rajd w nieznane" - 8 grudnia 2012

Trasa: Kraśnik PKP - Lasy Kraśnickie - Pułankowice
Długość trasy: ok. 15 km
    Nasz „Rajd w nieznane” rozpoczęliśmy o 7:30 na Dworcu Głównym PKP w Lublinie. Tutaj zakupiliśmy bilety kolejowe do Kraśnika. Mimo mroźnego poranka (ok. -8st C) zebrało się nas około 30 osób. Widocznie nie wszyscy są piecuchami i nie jest ich w stanie przed wędrowaniem powstrzymać mróz. Ja osobiście bardzo lubię wędrować w takich warunkach pogodowych, bo i widoki piękne i przy ognisku
klimat weselszy.
    O 7:50 przeszedłem na peron, by zająć miejsce w szynobusie do Kraśnika, by po 10 minutach oczekiwania pomknąć nim przez ośnieżone pola i lasy. Widoki z okna były rewelacyjne. Śnieżny bezkres bieli, spotęgowany jeszcze opadłym w nocy śniegiem. Uśpione w zimowym śnie pola, na których szarzały jedynie stada saren, wpadające w popłoch na widok pociągu. Drzewa przybrane w przepiękne, śnieżne czapy, skrzyły się srebrzyście szronem. Widoki jak w bajce!
    W pociągu dopełniliśmy formalności związanych z dokumentacją rajdową i wpłaciliśmy po 2zł wpisowego. Podczas kontroli konduktorskiej okazało się, że czeka nas pierwsza dzisiaj niespodzianka! Padło hasło „Rozebrali tory za Niedrzwicą”. Informacja początkowo zabawna okazała się prawdą, gdyż faktycznie tory na tym odcinku były
remontowane i musimy przesiąść się do autobusu.
    Po ok. 20-minutach jazdy w ciepłym i nowym szynobusem wysiedliśmy na stacji w Niedrzwicy Dużej. Tutaj czekał już na nas podstawiony przez PKP autobus, którym powlekliśmy się w kierunku Kraśnika. Te przeszkody sprawiły, że podróż znacznie się wydłużyła i na Dworcu Kolejowym w Kraśniku byliśmy dopiero o 9:20.
    Kiedy wysiedliśmy z autobusu, była chwila czasu na zakupy prowiantu w pobliskichsklepach spożywczych. Zgadaliśmy się w kilkanaście osób i zakupiliśmy winko i produkty niezbędne do zrobienia grzańca na planowanym, rajdowym ognisku. Po zakupach nadszedł czas na grupowe zdjęcie i kilka słów od Prezesa Klubu Turystyki Pieszej „Niezależni” Kol. Jerzego Frąka, który przy tej okazji podzielił pomiędzy uczestników przewodniki i materiały promocyjne, oraz harmonogram rajdów na I półrocze 2013 roku. Co do tego kalendarium rajdów to bardzo mnie ono ucieszyło, gdyż będę mógł już teraz zaplanować wolne w pracy, by wziąć udział w jak największej liczbie imprez organizowanych przez „Niezależnych”.
      Na trasę rajdu wyruszyliśmy o 9:40. Pogoda była piękna, świeciło słońce a w nosy szczypał lekki mrozik. Udaliśmy się wzdłuż torowiska w kierunku południowo-wschodnim. Po kilkunastu minutach doszliśmy do ściany lasu. Ja starałem się początkowo iść pierwszy, by zrobić zdjęcia pokrytego pięknymi, śnieżnymi czapami lasu. W tej pięknej scenerii wędrowaliśmy ok. 45 minut by zrobić pierwszy przystanek na naszej trasie.
    Zatrzymaliśmy się przy leśnym cmentarzu wojennym z okresu I wojny światowej. Leżą tam polegli żołnierze austrowęgierscy i rosyjscy polegli na tych terenach w dniach 22 – 23 sierpnia 1914 roku i 6 – 8 lipca 1915. Na krzyżu przybitym do jednego z drzew porastających cmentarz, umieszczono odręcznie pisaną tabliczkę o następującej treści:
„Wy coście padli w boju
Wróg czy przyjaciel dokonawszy czynu
Śpicie złączeni w tej ziemi pokoju
Zarówno zdobi Was wieniec wawrzynu
Proście też Boga za nami,
By ta ziemia nigdy nie zaznała wojny”
    Pod spodem natomiast inskrypcja „Groby żołnierzy najlepszymi orędownikami pokoju i spokoju” Cmentarz ogrodzony drewnianym płotkiem tonął w śniegu. Prezes Jerzy Frąk zapalił znicz i opowiadał o historii cmentarza. Po chwili od spoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę w tym samym kierunku przez tonący w bieli las.
    Ok. 10:50 doszliśmy do kolejnego miejsca pamięci. Tym razem pochodzący z II wojny światowej. Zatrzymaliśmy się przy tablicy upamiętniającej ofiary katastrofy kolejowej wywołanej działaniami wojennymi w dniach 9-10 września 1939 roku. Tutaj także Prezes Jurek zapalił znicz i ciekawie opowiadał o historii tego miejsca.
    Następnie przeszliśmy na drugą stronę torów, wzdłuż których szliśmy, by zatrzymać się przy drugiej tablicy i miejscu pochówku ofiar tej katastrofy kolejowej. Obie tablice podobnie jak wcześniej wspomniany cmentarz otoczone są drewnianym płotem. Na pomnikach wypisano imiona i nazwiska osób poległych w katastrofie, głównie mieszkańców zachodniej Polski uciekających na wschód przed agresorem niemieckim.
    Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz wędrowaliśmy drugą stroną torów w kierunku stacji kolejowej Kraśnik. Nie
doszliśmy jednak do niej, gdyż trasa naszego marszu po przejściu ok. 2 kilometrów skręcała w prawo w głąb lasu. Szliśmy w kierunku zbliżonym do północnego. Pogoda zmieniała się na mniej korzystną. Słońce pokryły chmury, z których od czasu do czasu padał niewielki śnieg.
    Ok. 12-stej zrobiliśmy dłuższy odpoczynek na skrzyżowaniu leśnych dróg. Był czas na zjedzenie kanapki i wypicie ciepłej herbatki. Wszyscy byliśmy w świetnych nastrojach. Moje buty do wędrówek, mimo zapewnień sprzedawcy zaczęły lekko przemakać w mokrym śniegu, ale nie było tak tragicznie. Bałem się jedynie przeziębienia, gdyż niedawno skończyłem brać antybiotyki po ostatniej chorobie.
    Ruszyliśmy dalej! Przed nami dalsza leśna wędrówka. Nogi ślizgały się na zalegającym w lesie śniegu, co znacznie utrudniało i wydłużało wędrówkę. Jednak „brnęliśmy” dalej. Prawdziwa zimowa „wyrypa” jakby powiedzieli starzy miłośnicy tatr, o których w wolnych chwilach właśnie czytam książkę. Po prawej stronie minęliśmy ogrodzony metalowym płotem młodnik. Śnieg z przerwami prószył na uśpiony zimą las.
    Po przejściu następnych kilku kilometrów dotarliśmy na miejsce, w którym rozpaliliśmy ognisko. Mokre od śniegu drewno początkowo nie chciało się palić, ale ostatecznie rozbuchało się na dobre. Wyciągnąłem przygotowane przed wyjściem kiełbaski. Kocham takie jedzenie, przeważnie zimą! W ogromnym kociołku nastawiliśmy kupione wcześniej wino z przyprawami i pomarańczą. Nad ogniskiem zaczął roztaczać się cudowny aromat grzanego wina i przypraw. Kiedy było gotowe, przyjemnie rozgrzewało od środka. Żar buchający z ogniska przyjemnie rozgrzewał zmarznięte na mrozie nogi i ręce.
    Posiedziałoby się jeszcze trochę przy ognisku, ale dni w grudniu są krótkie i szybko zapada zmrok – zwłaszcza w lesie. Musieliśmy ruszać dalej! Ugasiliśmy śniegiem ogień i wyruszyliśmy w kierunku skraju lasu od strony wsi Pułankowice. Kiedy doszliśmy do pól wędrowaliśmy polna drogą. Po prawej stronie minęliśmy ambonkę myśliwych. Za naszymi plecami roztaczał się przepiękny zimowy zachód słońca nad lasem. Musiałem
to uwiecznić aparatem.
    Po dojściu do Pułankowic skręciliśmy w lewo w kierunku stacji kolejowej. Po prawej stronie minęliśmy miejscowy Dom Strażaka. Doszliśmy do sklepu, w którym zrobiliśmy piwne zakupy. Okazało się, że obok sklepu jest coś co było pomieszaniem obskurnej knajpy z ogrzewalnią dworcową. Usiedliśmy tam wśród stałych sklepowych bywalców dając odpocząć styranym nogom. Po wypiciu napoju z pianką poszliśmy na stację, gdzie czekała nas… kolejna niespodzianka przygotowana przez kolej. Od czekającej na pociąg podróżnej dowiedzieliśmy się, że nasz środek transportu będzie za około godzinę. By nie marznąć na mrozie wróciliśmy ponownie do przysklepowego „pubu”. Tam posiedzieliśmy dyskutując z miejscowymi o naszym rajdzie i historii tych terenów.
    Kiedy w końcu nadszedł czas odjazdu poszliśmy znowu na stację, gdzie po chwili czekania nadjechał upragniony przez nas pociąg. Załadowaliśmy się do środka i już bez żadnych przygód powróciliśmy do Lublina. Rajd można było uznać za zakończony! Wysiedliśmy na Dworcu Głównym, gdzie po pożegnaniu rozjechaliśmy się do domów.
    Już za miesiąc kolejny rajd. Mam nadzieję, że uda mi się wziąć w nim udział. Już teraz z utęsknieniem czekam na moment, kiedy znów wyruszymy na szlak. Oby takich rajdów jak dzisiejszy było jak najwięcej. Na pewno będę je Wam tutaj opisywał. A więc, do zobaczenia na
trasach Naszych wędrówek!


Obejrzyj koniecznie zdjęcia z „Mikołajkowego Rajdu w Nieznane”

Wędrówka zielonym szlakiem cz. I - 24 października 2012

Trasa: Zemborzyce Górne - Nowiny Zemborzyckie - Prawiedniki - Wykietówka - Wygon I - Mętów
Długość trasy: ok. 13 km

  Dzień był dość chłodny, a pogoda jak na październik przystało, mieszana. Raz świeciło rozgrzewające i sprawiające, że wszystko zakwitało kolorami tęczy słońce, raz znowu było pochmurno i szaro. Postanowiliśmy wybrać się na szlak, gdyż taka właśnie pogoda pozwala uchwycić nam w pamięci i na fotografiach, wszystkie odcienie tej pięknej pory roku jaką jest jesień.

Z Lublina autobusem MPK nr 8 wyjechaliśmy z ulicy Nadbystrzyckiej o 11:20, by wysiąść na przystanku w Zembrzycach kilkanaście minut przed godziną 12-stą. Okazało się, że wysiedliśmy o jeden przystanek za wcześnie i zamiast wysiąść na końcowym, drałowaliśmy dobry kilometr do miejsca, w którym rozpoczyna się zielony szlak pieszy. Nic to dla nas, gdyż jeden kilometr nie robił nam większej różnicy, liczyła się chęć marszu i poznania nowego szlaku. Wiedzieliśmy, że nie uda nam się zaliczyć go w całości (całość szlaku z Lublina do Mełgwi ma 47km), ale chcieliśmy przejść chociaż jego część, by w przyszłości wrócić do niego i zaliczyć do pokonanych.   

Kilka minut przed 12 byliśmy przy przydrożnym krzyżu, w Zembrzycach Górnych, gdzie rozpoczęliśmy wędrówkę zielonym szlakiem. Po przejściu ok. kilometra szosą w kierunku Krężnicy Jarej, skręciliśmy w lewo w drogę prowadzącą początkowo przez pola, by następnie zaprowadzić nas do lasu, którego skraj, wyznaczała wartka toń rzeki Nędznicy. Ciekawostką jest, że jeszcze do niedawna przez Lublin przepływały trzy rzeki, a mianowicie: Bystrzyca, Czerniejówka i Czechówka. Teraz, po rozszerzeniu kilkanaście lat temu granic miasta, doszła jeszcze jedna rzeka; właśnie Nędznica.

Rzekę przekroczyliśmy drewnianym, dość podziurawionym, mostkiem. Tutaj zatrzymaliśmy się na chwilę by zrobić kilka zdjęć nad rzeką i otaczającą ją mokradłach. Dalej powędrowaliśmy leśną drogą, prowadząca, przez czysty, prawie jakby z bajki wycięty, las w którym przeważały drzewa iglaste z domieszką dębu. Po drodze spotykaliśmy wielu amatorów grzybobrania, korzystających z jesiennego wysypu grzybów, który to w tym roku okazał się na Lubelszczyźnie dość obfity. My także zbaczaliśmy z wyznaczonego szlaku starając się iść nie drogą, lecz leśnymi ostępami, w poszukiwaniu grzybów, jednak bez efektu tym razem.

Po przejściu kilkuset metrów skręciliśmy w lewo, by obranym przez nas zielonym szlakiem dojść do skraju lasu od strony wsi Nowiny Zemborzyckie. Po drodze minęliśmy przygotowany przez leśników, lub koło łowieckie paśnik dla zwierząt, przygotowany już na nadchodzącą niebawem zimę. Po wyjściu z lasu skręciliśmy w lewo, by drogą prowadzącą przy skraju lasu przemaszerować kolejne kilkaset metrów. Las powoli zamieniał się w młodniki sosnowe i dębowe przeplatane białokorą brzozą. Tutaj w poszyciu królowały malownicze, czerwone muchomorki. Skręcając lekko w prawo, polną ścieżką doszliśmy do asfaltowej drogi.

W tym miejscu skręciliśmy ostro w lewo, udając się w kierunku wsi Prawiedniki. Minęliśmy skrzyżowanie z szosą prowadzącą w kierunku Osmolic. My poszliśmy prosto.  Wędrując w tym kierunku minęliśmy wiatrak, służący pewnie dawniej do produkcji prądu, teraz zatrzymany nieruchomo.  Po prawej stronie, ukrywały się w wodnych zaroślach, niewielkie stawy. Po lewej stronie natomiast płynął leniwie ciekwodny – zapewne rów melioracyjny nawadniający wyżej wspomniane stawy.

Doszliśmy do mostu na Bystrzycy w Prawiednikach. Dawniej nieopodal tego miejsca stał młyn, niestety teraz pozostał po nim tylko goły plac. Tutaj nasz szlak spotkał się z żółtym szlakiem prowadzącym Doliną Bystrzycy. Wędrowaliśmy nim w ubiegłym roku. I podobnie jakt amtym razem, zatrzymaliśmy się tutaj, na miejscowym łowisku pstrąga na krótki odpoczynek. Zrobiliśmy kilka zdjęć, nad Bystrzycą i na łowisku. Była także chwila na odpoczynek dla nóg na ławeczkach nad stawami, w których co chwilę rzucały się ochoczo rybki. Posililiśmy się w miejscowym barze i ugasiliśmy pragnienie „napojem z pianką', by po kilkunastu minutach wyruszyć w dalszą drogę.

0 13:50 byliśmy już z powrotem na dwukolorowym, zielono żółtym szlaku. Po wyjściu z terenu łowiska, na skrzyżowaniu dróg, skręciliśmy w lewo w kierunku Lublina. Szliśmy tą ruchliwą drogą następne kilkaset metrów do przysiółka Wykietówka. Tutaj po prawej stronie osiągnęliśmyskraj lasu Dąbrowa. Tutaj żółty szlak, prowadzący w kierunku Zalewu Zemborzyckiego i miasta Lublina rozłączał się z naszym zielonym szlakiem. Skręciliśmy więc w prawo, by dalej powędrować ścieżką prowadzącą nieopodal skraju, kolejnego już na naszym szlaku lasu.

Bardzo lubię chodzić po lesie, wiec polecam ten szlak wszystkim, którzy podzielają moją pasję. Las o tej porze roku mienił się wszelkimi kolorami jakie może wytworzyć wszechmocna natura. Od zielonych jeszcze całkowicie liści, przez wszystkie odcienie żółci, aż po czerwień i brąz. Prawdziwa „Polska Złota Jesień”. Światłocienie dodawały temu wszystkiemu dodatkowego uroku, sprawiając że patrząc z różnej perspektywy i w różnym świetle, znajdowaliśmy się co chwilę w innym, jakby bajkowym, świecie.

Szliśmy upajając się tymi widokami następne kilkaset metrów, by po ich pokonaniu skręcić ostro w lewo, zagłębiając siędalej w las. Tutaj po przejściu ok. 300 metrów, na przegradzającym naszą drogę przegiętym młodym grabie, zrobiliśmy dłuższy odpoczynek, podczas którego pożywiliśmy się do syta zakupiona jeszcze w Lublinie konserwą „Turystyczną”. Nic tak nie smakuje jak jedzenie w plenerze.

Ok. 15-stej wyruszyliśmy dalej, by po kilku minutach marszu skręcić w prawo, w leśną drogę prowadzącą do skraju „Dąbrowy”. Teraz znowu podążaliśmy, początkowo szutrową drogą a dalej asfaltówką skrajem lasu. Po lewej był las, a po prawej nowoczesne zabudowania przysiółka oznaczonego na naszej mapie jako Wygon I. Wędrując na wschód dotarliśmy, wybierając leśną ścieżkę do głównej szosy łączącej Prawiedniki z Mętowem.

Skręcając w prawo przekroczyliśmy wyżej wspomnianą szosę i naszym szlakiem udaliśmy się początkowo lasem, następnie wycinka pod linią wysokiego napięcia, później znowu lasem w kierunku zbliżonym do południowego. Po kilkunastu minutach marszu, skręciliśmy, jak wskazywały zielone oznaczenia szlaku w lewo. Okazało się, że zbyt ostro w lewo, przez co weszliśmy w zrywkową drogę przeznaczoną do wywozu drewna. Kiedy okazało się, żenie ma na niej znaków naszego szlaku, na pierwszej leśnej krzyżówce drógodbiliśmy w prawo, by po kilkunastu metrach wrócić na wyznaczony szlak. Tą drogą doszliśmy do przeciwległej strony lasu, gdzie szlak ukosem skręcał w lewo. W ten sposób, przez naszą pomyłkę nadrobiliśmy kolejne kilkaset metrów. Teraz już prostą drogą dotarliśmy zielonym szlakiem do miejscowości Mętów. Tutaj wyszliśmy z lasu, na szosę, która przekraczaliśmy kilka kilometrów wcześniej. Skręciliśmy w prawo, by szosą tą, przez osiedle nowo wybudowanych domków jednorodzinnych przejść do skrzyżowania z drogą Lublin – Biłgoraj.

Po przejściu tej drogi skręciliśmy w lewo, by po kilkunastu metrach dojść do przystanku z którego, po chwili oczekiwania wsiedliśmy w autobus MPK linii 27, którym odjechaliśmy do Lublina.

Teraz tylko czekać kiedy wyruszymy nakolejny etap wędrówki zielonym szlakiem, by osiągnąć jego kres w okolicach Mełgwi. Liczę realnie, że ten odcinek trzeba będzie podzielić na dwa etapy, gdyż czas i spokojne tempo wędrówki jakim się poruszamy nie pozwoli nam na pokonanie go za jednym razem. Jak pogoda pozwoli to może jeszcze w tym roku. Jak nie to dla kontrastu barw może uda się wiosną. Do zobaczenia na kolejnym szlaku!

 

Obejrzyj koniecznie zdjęcia z zielonego szlaku


Niedzielny spacer po Rybczewicach - 21 października 2012

Trasa: Rybczewice Drugie - Rybczewice Pierwsze - Rybczewice Drugie
Długość trasy: ok. 4 km

        To wyjście nawet trudno byłoby nazwać „wyprawą”, to raczej jak sugeruję to w tytule, krótki niedzielny spacerek i pewnie jego opisu bym tutaj niezamieszczał, gdyby nie jego znaczenie sentymentalne dla mnie. Ideą mojego opisywania nie jest jedynie umieszczanie sprawozdań z długich, zorganizowanych, rajdów, ale również propagowanie i rozpowszechnianie wiedzy na temat miejsc dla mnie szczególnie ważnych a często nie poznanych przez szerszą rzeszę turystów. Takim właśnie ważnym miejscem dla mnie są moje rodzinne Rybczewice. Na pewno jeszcze nie raz (i nie pierwszy raz na tej stronie o nich piszę), będę wracał w swoich opisach na te tereny. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się doprowadzić do pozytywnego końca wyznaczenie i oznakowanie szlaku pieszego Doliną Giełczwi, by łatwiej nam się wędrowało po tych terenach. Apeluję więc z tego miejsca do władz lokalnych i ludzi, którym nie obojętne są losy tego terenu, by wsparły ten pomysł.

            W piękne niedzielne przedpołudnie postanowiłem odwiedzić miejsca, których dawno nie widziałem, a które w moim sercu mają szczególne znaczenie. Miejsc, z którymi wiąże mnie tyle wspomnień, miejsc które na zawsze, mimo tego, że może będę daleko pozostaną moim domem. Będzie to zatem opowieść bardzo osobista i może trochę sentymentalna do miejsc, które chcę ocalić od zapomnienia, ale i nowych, które cieszą oko i napawają nadzieją na lepsze jutro mej „Małej Ojczyzny”.

            Z rodzinnego domu w Rybczewicach Drugich wyruszyłem około 11-stej w kierunku centralnej części miejscowości. Po przejściu ok. 800 metrów zrobiłem pierwsze zdjęcia pomnika z 1950 roku postawionego jak brzmi napis na pomniku „w hołdzie poległym bojownikom K.P.P. P.B.R. S.L. Lewica oraz bezpartyjnym o Wolność i Socjalizm”. Pomnik,znajdujący się po prawej stronie drogi wojewódzkiej jest jednym z niewielu, jak nie jedynym, reliktem „byłej epoki” na tym terenie. Dzisiaj zaniedbany i zapomniany przez wszystkich.

            Tuż za pomnikiem skręciłem w prawo w bramę prowadzącą do podworskiego parku, w którym po za rzadkimi roślinami i starymi drzewami – pomnikami przyrody, znajduje się kilka zabytków architektonicznych, na czele z secesyjnym pałacem, wartych obejrzenia. Właśnie w kierunku pałacu skierowałem swoje kroki. O jego historii pisałem już w opisie innej wędrówki po Rybczewicach,  więc nie będę się tutaj rozwodził na tentemat. To w tym budynku do nie dawna mieścił się ZSO, teraz jakby opuszczony. To tutaj zaczynałem swoją edukację w klasie „0”; tutaj odbywały się apele i akademie z różnych okazji, ale również dyskoteki szkolne, a nawet moja studniówka. Budynek jest w coraz gorszym stanie i z roku na rok bardziej niszczeje. Na ścianach od strony północnej liczne zacieki na elewacji, stolarka okienna w fatalnym stanie. Żal patrzeć! Mam nadzieję, że znajdzie się nabywca, który sumiennie zadba o to by ten stylowy pałac nie popadał w dalszą ruinę i by odzyskał swój dawny blask.  Przed budynkiem niedawno postawiona tablica informująca o historii obiektu.

            Kiedy obszedłem wokół pałac i zrobiłem zdjęcia, udałem się w kierunku pozostałych zabudowań dworskich, stajni, chlewni, adaptowanych po wojnie na obiekty szkolne. W tych zarośniętych dzisiaj nie koszoną trawą i niestrzeżonym żywopłotem budynkach mieściła się moja stara „buda”. Chodziłem tutaj do przedszkola, szkoły podstawowej, później do „ogólniaka”. W tych murach, dzisiaj rozpadających się i niszczejących, z powybijanymi szybami w oknach, świetnie się bawiłem, poznawałem pierwsze literki, pierwsze cyferki. Przeżywałem pierwsze szkolne „miłości”, stresowałem się przed sprawdzianami i klasówkami. W końcu w tych murach w 1999 roku zdałem maturę, by ruszyć dalej w świat, pozostawiając to miejsce, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

            Drogą przy starej, szkolnej, łaźni przeszedłem na główną aleję parkową. Po drodze zrobiłem zdjęcia piwnicy dworskiej ze zniszczonymi drzwiami wejściowymi. Korciło mnie by wejść do jej środka, ale nie miałem pewności co do tego, czy nie jest jeszcze przez kogoś użytkowana.

            Przeszedłem się starą aleją parkową w kierunku bramy wjazdowej do parku. Kiedyś zadbanej i pozamiatanej, z odciętymi szpadlami krawędziami, dzisiaj zasypanej jesiennymi liśćmi. Pamiętam dobrze jak w ramach prac ręcznych, czy jako harcerze sprzątaliśmy cały ten teren, grabiąc liście, uprzątając połamane gałęzie. Dzisiaj po tych pracach nie ma śladu, a park, coraz bardziej zaśmiecony, żyje swoim życiem.

            Po przejściu przez parkowa bramę (także będącą w coraz bardziej opłakanym stanie) skręciłem w prawo w kierunku zalewu i budynku Urzędu Gminy. Po prawej stronie minąłem boisko KS „Victoria Rybczewice”. Pamiętam jak w miejscu dzisiejszego boiska rosły drzewa. Pamiętam także jego budowę i to jak kosiarkami ogrodowymi kosiliśmypierwszą trawę, jeszcze przed oddaniem go do użytku.

            Nad zalewem zatrzymałem się na chwilę, by popatrzeć na spokojną taflę wody i popodziwiać mieniące się wszystkimi kolorami tęczy jesienne drzewa, nad jego brzegiem. Zalew to wymarzone miejsce dla licznie go odwiedzających wędkarzy. Kilka lat temu z myślą o nich wybudowano wiatę, w której z powodzeniem można chwilę odpocząć, lub wykorzystać jako deszczochron dla wędrujących tędy nielicznych jak na razie turystów.

            Po drugiej stronie szosy znajduje się budynek Urzędu Gminy w Rybczewicach i Ochotniczej Straży Pożarnej. Co do tej ostatniej, to kiedy mieszkałem na tym terenie byłem jej członkiem. Teraz pozostały mi po tym tylko wspomnienia.

            Następnie udałem się wdrogę, niejako powrotną, gdyż idąc pod górę minąłem ponownie bramę prowadzącą do parku i dalej pospacerowałem w kierunku „Centrum”. Po prawej stronie minąłem kolejne zabytkowe (dzisiaj po części odnowione przez nowego właściciela) podworskie budynki, w których od wojny do czasów mi współczesnych mieściły się magazyny Gminnej Spółdzielni.

            Na skrzyżowaniu skręciłem w prawo, po lewej stronie minąłem pawilon, w którym mieści się obecnie poczta, Delikatesy Centrum i dom weselny. Dawniej był to pawilon handlowy GS coś w stylu Wiejskiego Domu Towarowego, gdzie na dwóch poziomach można było kupić „spożywkę”, AGD, tekstylia i obuwie. Tuż za tym budynkiem idąc w kierunku północnym znajduje się siedziba Oddziału Banku Spółdzielczego w Piaskach (bankomat na ścianie banku!!!). Jest to jeden z ładniej odnowionych budynków w miejscowości. Jeszcze kilkanaście lat temu mieścił się tutaj Bar Uniwersalny „Sielanka”. Miejsce spotkań okolicznych mieszkańców, gdzie kwitło życie rozrywkowe. Pamiętam to miejsce bardzo dokładnie z tamtych lat, gdyż zanim jeszcze sam zacząłem chadzać na spotkania towarzyskie do knajpy, bywałem tam dosyć często odwiedzając w pracy mamę, która pracowała tam jako kucharka.

            Idąc dalej w kierunku Piask minąłem budynek piekarni, gdzie kiedyś (nie wiem jak teraz) wypiekano na prawdziwym zakwasie przepyszny chleb. Pamiętam jak na przerwie w szkole, kupowało się ćwiartkę okrągłego bochna i zjadało bez żadnych dodatków. Jeszcze dzisiaj pamiętam ten smak i zapach świeżego pieczywa. Po prawej stronie natomiast minąłem były Komisariat, najpierw MO, później Policji w Rybczewicach.

            Tuż za posterunkiem stoi nowo otwarta szkoła. Budynek mimo, że oddany do użytku w roku bieżącym, jest już można by rzec historyczny. Plany budowy szkoły powstały bardzo dawno temu, a sama budowa z różnych przyczyn ciągnęła się następnych kilkanaście lat. Pamiętam, że jako uczeń miejscowej szkoły byłem na uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod te budowę. Koło szkoły powstało boisko typu „Orlik”. Zarówno nowa szkoła jak i boisko, cieszą oko. Dobrze, że wkońcu miejscowe (i nie tylko) dzieci i młodzież mają godne warunki do edukacji,a nie tak jak moje i wcześniejsze pokolenia, korzystały ze starych, zaadaptowanych z budynków gospodarczych, pamiętających dziedziców, obiektów.

            Dalej szosą zszedłem wdół gdzie na skarpie po lewej jej stronie znajduje się, odnowiony nie tak dawno cmentarz z I wojny światowej. Opuszczony i zapomniany z pochylonymi krzyżami jest świadectwem stoczonych w tych okolicach walk i historii, o której dzisiaj mało kto pamięta.

            Po tym sentymentalnym spacerze nadszedł czas na powrót do domu, gdzie pewnie już z obiadem czekała namnie mama. Wiem, że to nie ostatni mój spacer po tym terenie i w miarę możliwości będę tu wracał, by i Wam drodzy odwiedzający tę stronę internetową pokazywać i przybliżać ten ciekawy i nie odkryty fragment Lubelszczyzny i Krzczonowskiego Parku Krajobrazowego, gdzie szum wód rz. Giełczwi przeplata sięz szumem miejscowych lasów i traw na łąkach… opowiadających historię miejsc i ludzi, którzy byli tutaj przed nami…

            Zapraszam Wszystkich Miłośnikówprzyrody, czystych wód, wędkowania, lasów i grzybobrania, a także ciekawej historii związanej z takimi wybitnymi osobami jak Jan III Sobieski, Władysław Ślewiński i wielu innych. Wielbicieli ciekawych historycznie i architektonicznie budowli oraz byłych mieszkańców tych terenów których los rzucił w różne strony.

 

Obejrzyj koniecznie zdjęcia ze spaceru po Rybczewicach


"Rajd w nieznane" - Trawniki i okolice - 13 października 2012

Trasa: Trawniki - Ewopole - Oleśniki - Trawniki
Długość trasy: ok. 18 km

               Po przepracowanej dobie, a w związku z tym po nieprzespanej nocy o 6-stej rano, kiedy na dworze było jeszcze ciemno, wyruszyłem na kolejny „Rajd w nieznane” z Klubem Turystyki Pieszej „Niezależni”. Co prawda nie jestem członkiem Klubu, ale bardzo lubię chodzić z nimi na tego typu imprezy. Cykl „Rajdów w nieznane” ma charakter otwarty więc mogą w nich uczestniczyć wszyscy rządni przygód, odkrywania nowych, często niezbadanych miejsc, a przy tym aktywnego spędzania wolnego czasu i dobrej zabawy. 

            Kilkanaście minut po 6-stej autobusem nr 17 dojechałem w okolice Dworca Głównego PKP. Tutaj zrobiłem ostatnie zakupy potrzebne na dzisiejszy rajd. Korzystając z chwili czasu zrobiłem pierwsze zdjęcia dworca i zabytkowej lokomotywy parowej stojącej na bocznicy. 

            Ok. 7-dmej spotkałem się w hali dworcowej z uczestnikami rajdu. Zebrała się całkiem spora ok. 20-sto osobowa grupa osób.  Razem zakupiliśmy bilety do stacji Trawniki poczym przeszliśmy na peron, gdzie czekał już na nas pociąg. Stary nieco zdezelowany skład wyglądał jakby żywcem wzięty z „gierkowskich” realiów. Zapakowaliśmy się do pociągu zajmując cały jegoprzedział. Pozostało tylko dopełnić rajdowe formalności czyli wpis na listę i odebranie rajdowego znaczka i ruszamy. Pociąg ruszył dokładnie o 7:35 i pokonanie 37 kmtrasy zajęło mu ok. 35 minut. 

            Kwadrans po 8-smej wysiedliśmy na stacji w Trawnikach, tutaj jeszcze chwila oczekiwania na naszego przewodnika, który pobiegł po swojego czworonożnego przyjaciela – uroczego psiaka. Była więc chwila na zrobienie zakupów i rozmowy. Teraz już mogliśmy wyruszać w „rajd w nieznane” na spotkanie z przygodą, przyrodą i ciekawymi miejscami. 

            Gmina Trawniki położona jest na pograniczu Wyżyny Lubelskiej i Polesia Wołyńskiego, u ujścia Giełczwi i Marianki do Wieprza. Północno-Zachodnia część gminy należy do Wyniosłości Giełczewskiej oraz do Równiny Łuszczowskiej, południowo-wschodniado Obniżenia Dorohuckiego.  Obszar GminyTrawniki leży w zlewni Wieprza z dwoma odcinkami dopływów: Giełczew na długościok. 7 kmi Marianka - ok. 3 km. Na obszar wód powierzchniowych składają się wypełnione wodą zagłębienia bezodpływowe, sieć rowów melioracyjnych, niewielkie stawy oraz małe źródełka. Przez teren gminy przebiega ok. 7 kmodcinek kanału Wieprz-Krzna. Podczas wojny mieścił się tu obóz koncentracyjny,zlikwidowany w 1943 wramach Erntefest (żydowscy więźniowie zostaliwymordowani), i obóz szkoleniowy SS, wktórym m.in. usiłowano stworzyć Goralischer Waffen SS Legion

Wyruszyliśmy o 8:35 drogą wojewódzką nr 838 w kierunku mostu na Wieprzu. Tutaj zrobiliśmy krótki postój na zrobienie zdjęć przepięknych meandrów rzeki. Kilkadziesiąt metrów dalej podążając czerwonym szlakiem skręciliśmy w prawo w gruntową, prowadzącą przez nadwieprzańskie łąki ścieszkę, którą przeszliśmy skręcając lekko w lewo na groblę Kanału Wieprz-Krzna. W tym miejscu skręciliśmy mocniej w lewo i groblą nad kanałem przeszliśmy w kierunku mostu w okolicach wsi Ewopole. Tutaj zatrzymaliśmy się przy przydrożnym krzyżu, na którym znajduje się stylowa, rzeźbiona kapliczka wykonana przez miejscowego artystę rzeźbiarza. Skręcając w lewo przeszliśmyprzez most na kanale przechodząc przez wieś Ewopole. W tej miejscowości zeszliśmy z czerwonego szlaku. 

Ewopole to najmniejsze sołectwo gminyTrawniki ale może najsympatyczniejsze? Leży na uboczu, na północno-wschodnimkrańcu gminy, jakby trochę zapomniane przez władze. Zupełnie nie rozumiemdlaczego. Zelektryfikowano Ewopole dopiero w 1962 roku! Drogę przez wieś wyasfaltowano w 2002 roku (do budynku, w którym kiedyś była szkoła) a końcow yodcinek w 2003. W Ewopolu jest piękna zalesiona skarpa doliny Wieprza. Odpółnocy znajdują się łąki z torfowiskami. Znajdują się tu również pozostałości wczesno-średniowiecznego grodziska. 

Po przejściu przez Ewopole, w którym urzekły mnie zlokalizowane na wielu słupach energetycznych bocianie gniazda, świadczące o dużej populacji tych ptaków w tej okolicy, po kilkunastu metrach gruntową drogą skręciliśmy w prawo kierując się w stronę lasu. Podczas dojścia do niego mijaliśmy liczne brzozowe i sosnowe młodniki; wspaniałe miejsce do bytowania maślaków, których było tutaj dość dużo. Malowniczo przedstawiały się także czerwone, jak na dziecięcych obrazkach, muchomory. 

Tuż po osiągnięciu ściany lasu po lewej stronie minęliśmy drewniany krzyż. Wędrowaliśmy teraz iglastym lasem przeplatanym młodnikami sosnowymi. Po 10 minutach marszu przekroczyliśmy tory kolejowe. Kilkadziesiąt metrów na prawo widać było charakterystyczny most kolejowy na Wieprzu i Kanale Wieprz-Krzna.  

Po kolejnych 25 minutach marszu doszliśmy do piaszczystej polany na skarpie doliny Wieprza, gdzie zrobiliśmy przerwę śniadaniową. Nie trwała ona zbyt długo bo już po 15 minutach o 10:30 byliśmy ponownie na szlaku. Dalej szliśmy leśną drogą przy której rosły całymi kępami czerwone muchomorki. Kiedy pokonaliśmy kolejnych kilkuset metrów marszu doszliśmy do rozstaju dróg i kolejnego na naszym szlaku krzyża. Nasz przewodnik zaproponował, by chętni przeszli ok. kilometra do stojącego w tym miejscu kilkusetletniego dębu. Oczywiście chętni okazali się wszyscy uczestnicy rajdu. 

Dąb prezentował się naprawdę okazale. Jego potężny pień można by opasać ramionami kilku dorosłych osób. Rozłożyste, grube konary potęgowały jego wielkość i wyróżniały go z pośród pozostałych drzew w lesie. Gdyby potrafił mówić, pewnie opowiedziałby nam nie jedną wyjątkową historię. A tak tylko szumiał spokojnie kołysany październikowym wiaterkiem.  

Tą samą drogą, którą przyszliśmy o okolice dębu, powróciliśmy do miejsca w którym na rozstaju dróg stał krzyż. W tym miejscu skręciliśmy w lewo i początkowo szutrową, a dalej asfaltowa drogą przeszliśmy przez most na kanale a następnie po kilkuset metrach most naWieprzu, w okolicach ujścia rzeki Marianki do jego biegu. Ma moście zatrzymałem się na chwile by zrobić kilka zdjęć zakolom rzeki, jak i znaków na drzewie,świadczących o obecności w tej okolicy bobrów. Za mostem weszliśmy drogą prowadząca wzdłuż rzeki Marianki  do wsi Oleśniki.              Oleśniki są największą, po Trawnikach,miejscowością gminy Trawniki. Położona na wschód od Trawnik, nad rzeką Marianką. Pierwsza znana wzmianka o Oleśnikach pochodzi z 1359 r. Stare dzieje lecz prawie żadnych zabytków. Jak w całej gminie zresztą. Wymienić można kaplicę z 1923 r. wybudowaną przy skrzyżowaniu z szosą na Krasnystaw i do Woli Idzikowskiej. Nie zachował się dwór (własność Stokowskich) ani folwark. Nieco dalej, w kierunku północno-zachodnim stoi chyba najciekawszyobiekt w okolicy pozostałości wiatraka typu holenderskiego. 

            Za mostem skręciliśmyw lewo i asfaltową drogą pomaszerowaliśmy w kierunku Remizy OSP w Oleśnikach. Po prawej stronie minęliśmy młyn (obecnie opuszczony i przeznaczony do sprzedaży). Na skrzyżowaniu przy remizie skręciliśmy w prawo. Tutaj pod miejscowym sklepem spożywczym na ławeczkach przy boisku zrobiliśmy kilkunastominutowy odpoczynek.  

            Po odpoczynku asfaltowa drogą przeszliśmy w kierunku kościoła parafialnego, który minęliśmy po lewej stronie. Kościół w Oleśnikach pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej wybudowano w latach 1981 – 1984. Nie jest to więc zabytkowy obiekt, ale warty wspomnienia. Kontynuując wędrówkę tą asfaltowa drogą po kilkuminutach marszu skręciliśmy na skrzyżowaniu ponownie w prawo. Wędrując dalej wtym kierunku mijaliśmy pozostałości alei lipowej zapewne prowadzącej niegdyś do dworu, po którym niestety nie pozostały obecnie żadne widoczne ślady. Po prawej stronie minęliśmy niewielki, porastający wodną roślinnością staw. 

            Po opuszczeniu zabudowań wsi Oleśniki naszym oczom ukazały się stojące na środku pola ruiny dawnego wiatraku typu holenderskiego. To imponująca budowla szkoda, że w tak opłakanym stanie i ciągle popadająca w coraz większą ruinę. Przydało by się w fachowy sposób zadbać o jej zabezpieczenie, gdyż jest to jeden z nie wielu tegotypu obiektów ocalałych na Lubelszczyźnie. By dojść do wiatraka, trzeba przejść przez pole. Na szczęście da się obejrzeć go również od środka. 

            Kiedy zwiedziliśmy wiatrak i zrobiłem kilka zdjęć (za kilka lat może już nie będzie czego fotografować) wróciliśmy na asfaltowa drogę, którą poszliśmy dalej. Po następnych kilkudziesięciu metrach, doszliśmy do przydrożnej kapliczki prz yktórej ostro skręciliśmy w prawo w gruntową drogę. Teraz szliśmy przez pola, na których miejscowi rolnicy zbierali, roztaczające aromatyczny zapach zioła, z produkcji których słyną te okolice.    

            Zbliżaliśmy się ponownie do miejscowości Trawniki. Z daleka górował nad nimi wybudowany wlatach 50-tych XX wieku Elewator Zbożowy. Przeszliśmy ścieżką tuż przy ogrodzeniu zakładu, gdzie skręciliśmy w prawo przekraczając w tym miejscu zarośniętą trawami i chyba niezbyt często używaną bocznicę kolejową prowadzącą do elewatora.  

            W Trawnikach poszliśmy na działkę naszego przewodnika, gdzie rozpaliliśmy ognisko, na którym nie zabrakło pieczonych kiełbasek, chlebka i wszystkiego tego co przynieśliśmy zes obą. Były wspólne rozmowy, wymiana doświadczeń rajdowych, a nawet próby wokalne. Była miła, sympatyczna atmosfera. 

            Nieubłaganie jednak zbliżała się godzina wyjazdu do Lublina. Wygasiliśmy więc ogień i udaliśmy się na stację w Trawnikach, tą samą, od której zaczęliśmy dzisiejszy rajd. Po drodze minęliśmy kościół parafialny pod wezwaniem Chrystusa Króla w Trawnikach. Kościół wybudowano na przełomie lat 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku. Wcześniej Trawniki należały do parafii w Biskupicach.  

            Na stacji zakupiliśmy bilety powrotne i po chwili oczekiwania podjechał nasz pociąg. O 16:15, zmęczeni przebytą drogą, ale zadowoleni z siebie i w wyśmienitych humorach wyruszyliśmy z Trawnik do Lublina. Podróż minęła dosyć szybko i po niecałych trzech kwadransach wysiedliśmy na Dworcu Głównym w Lublinie.

        Teraz pozostaje nam czekać na następny „Rajd w nieznane”, który odbędzie się już za miesiąc (17 listopada). Tym razem wyruszymy do Opola Lubelskiego. Mam nadzieję, że uda mi się wziąć w nim udział. Już odliczam dni do tego wydarzenia. Dziękuję wszystkim uczestnikom, naszemu przewodnikowi za wspaniałą rajdową atmosferę i miłe przyjęcie mojej osoby. Do zobaczenia na następnym szlaku w nieznane. Może ktoś ma ochotę się do Nas dołączyć? Zapraszam!   


Informacje o miejowościach przez które wedrowaliśmy zaczerpnąłem ze strony: http://www.trawniki.hg.pl/

 

Obejrzyj koniecznie: zdjęcia z "Rajdu w nieznane"


Wędrówka po Piaskach i okolicach - 22 września 2012

Trasa: Piaski - "Kościelec" - Stawy w Piaskach - Piaski
Długość trasy: ok. 5 km

Ten wyjazd był całkowicie nieplanowany. Poprostu impuls szybka decyzja i jedziemy do Piask. Udało mi się sprawnie spakować plecak i w drogę. Początkowo MPK na Dworzec busów przy ul Ruskiej, a potem po chwili czekania busem do oddalonych o ok. 25 km od Lublina Piask. Podróż minęła spokojnie i szybko mimo tego, iż jechaliśmy przez będący właśnie w przebudowie odcinek krajowej trasy nr 17. 

O 11.35 wysiedliśmy na przystanku przy Miejskim Ośrodku Kultury w Piaskach i po szybkich zakupach w miejscowym „spożywczaku” rozpoczęliśmy zwiedzanie miasteczka od kościoła parafialnego pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. 

Jak pisze w swojej książce „Historia, biogramy, legendy i notki z nad Giełczwi, Radomirki i Sierotki” wybitny znawcatego regionu, jego historii i czasów współczesnych znany mi osobiście Lucjan Świetlicki: „Miasto Piaski leży w widłach rzeki Giełczwi i Sierotki dawniej zwanej Kozicą. Otaczają one Piaski z trzech stron tzn. od zachodu, północy iwschodu. Od najdawniejszych czasów biegły tędy trzy ważne trakty handlowe: w stronę Lublina przez most na Sierotce, do Chełma groblą i most również na Sierotce i do Zamościa przez most po grobli na rzece Giełczew. Południowa część Piask jest połączona traktem biegnącym w stronę Żółkiewki z Wyniosłości Giełczewską”. 

Pierwszym obiektem jaki zwiedziliśmy (niestety tylko z zewnątrz) był piasecki kościół. Kościół drewniany pw. św. Mikołaja, istniejący już w 1325 r., uległ zniszczeniu w okresie reformacji - II połowie XVI w. Na początku XVII w. wybudowano nowy,również drewniany, pw. Podwyższenia Krzyża Św. Obecnie istniejący - noszący tensam tytuł - wybudowany ok. 1720 r. W 1745 r. konsekrował go bp Michał Kunicki.W tym czasie murowane były jedynie prezbiterium i zakrystia. Takąż nawę wzniesiono dopiero w 1836 r., rozbudowując ją w 1866. W czasie I wojny światowej kościół był uszkodzony, zaś w czasie II - budynek strawił pożar. Odbudowano go całkowicie w latach 1945-48. Wtedy kościół został znacznie przekształcony i pozbawiony cech stylowych (z dawnej budowli zachowały sięczęściowo mury prezbiterium i zakrystia). W 1966 r. wykonano malowanie-polichromia, w 1973 r. remont fundamentów, zaś w 1975 r. - dachu. Konsekracji dokonał 19.05.1950 r. bp Piotr Kałwa. Obecny kościół jest murowany z kamienia i cegły, otynkowany, 3-nawowy (poprzedni miał 1 nawę), przy prezbiterium piętrowa zakrystia, na fasadzie 2 wieże na planie kwadratu -wybudowany w latach 1945-48, strop kościoła łukowy, posadzka z terakoty. W drewnianym ołtarzu głównym krzyż i obraz MB Częstochowskiej. Ołtarz boczny wykonano z marmuru i piaskowca. W ołtarzu tym znajduje się obraz MB Nieustającej Pomocy. Na chórze muzycznym zainstalowano organy 20-głosowe, zbudowane w 1959 r. przez firmę Krukowskich z Piotrkowa Trybunalskiego Przy kościele jest zabytkowa dzwonnica z 1866 r., murowana z kamienia i cegły, otynkowana, 3 dzwony konsekrowane w 1970 r. przez bpa Piotra Kałwę. Kościół otoczony z trzech stron kamiennym murem.  

            Od kościoła udaliśmy siętraktem na Chełm przeszliśmy przez most na rzece Sierotce i po przejściu kilkudziesięciu metrów skręciliśmy w lewo gdzie szutrową drogą powedrowaliśmy w kierunku siedziby Klubu Sportowego „Piaskovia Piaski”. Na stadionie klubowym właśnie odbywał się mecz, więc nie chcąc przechodzić centralnie przez arenę wydarzeń sportowych skręciliśmy w prawo w gruntowa drogę pnąca się na niewielkie wzniesienie, z którego rozciągał się przepiękny widok na położone w dole stawy hodowlane i usytuowane na ich drugim brzegu miasto Piaski. Tutaj zrobiliśmy krótki odpoczynek. Pogoda zaczęła się pogarszać. Ciemne ołowiane chmury zasnuły niebo, a chłodny przeszywający wiatr zwiastował rychłą zmianę pogody.  

            Przez morze traw porastających wzniesienie powędrowaliśmy w kierunku Stadionu Miejskiego, a następnie po ominięciu go wdrapaliśmy się na stromą, porośniętą lasem skarpę. Tutaj leśną ścieżką przeszliśmy do ruin kościoła ewangelickiego zwanych „Kościelcem”. „Kościelec” to ruiny dawnego kościoła reformowanego, pod budowę którego kamieńwęgielny wbudowano (jak podaje wspomniany już powyżej Łucjan Świetlicki) dnia 27 października 1783 roku z woli dziedzica Teodora Suchodolskiego. Parafia ewangelicko – augsburska funkcjonowała tutaj do ok. 1820 roku. Ze zboru piaseckiego po jego upadku przeniesiono do świątyni Świętej Trójcy w Lublinie piękną,zabytkową ambonę, murowany ołtarz w stylu Ludwika XV i umieszczony nad nim obraz, pochodzący z 1628 roku. 

            Na „Kościelcu” zrobiliśmy kolejny odpoczynek połączony z sesją zdjęciową zrujnowanego obiektu. Serce się kraje na ten żałosny widok. Rozpadające się ściany, resztki muru okalającego przykościelny cmentarz, z którego nie zachował się żaden z nagrobków. Jeszcze kilkadziesiąt lat i pozostanie tutaj jedynie rumowiskok amienia i cegły. Roślinność brutalnie wdziera się w każdą szczelinę zabytkowych murów. Szkoda by ta budowla uległa całkowitemu zniszczeniu. Może znajdą się ludzie z pasja, którzy zajmą się jego ratowaniem, o co gorąco z tego miejsca apeluję. 

            Od „Kościelca” wąską,zarastającą ścieżką zeszliśmy w dół nad Piaseckie stawy. Groblą, w siąpiącym deszczu przeszliśmy w kierunku miasta. Otaczała nas bujna roślinność wodna i brzegowa. Na stawach pływało liczne ptactwo wodne; kaczki, rybitwy łabędzie. Przy brzegach dumnie brodziły czaple.  

            Naprzeciw cmentarza przeszliśmy, po zrobionej z betonowych słupów energetycznych kładką, na drugi brzeg rzeki Sierotki.Weszliśmy na cmentarz na którym oglądaliśmy zabytkowe nagrobki byłych mieszkańców Piask. Przed cmentarzem przy ulicy Lubelskiej zatrzymaliśmy się na chwilę przed pomnikiem Józefa Franczaka ps. "Lalek", ostatniego żołnierza polskiego podziemia antykomunistycznego i niepodległościowego, urywającego się do 21 października 1963 roku kiedy to został zamordowany przez Służby Bezpieczeństwa PRL. Jego zwłoki zwrócone rodzinie, pozbawione głowy pochowano na miejscowym cmentarzu w Piaskach. 

            Po przejściu na drugą stronę ulicy Lubelskiej, zatrzymaliśmy się na chwile w niedawno odnowionym Parku Miejskim w centrum, którego radośnie tryska fontanna. Poczuliśmy się głodni i w celu zaspokojenia głodu (i pragnienia) udaliśmy się wzdłuż ulicy Lubelskiej do restauracji „U Elizy” na słynne na całą Polskę piaseckie flaki. W stylowej altance restauracyjnej zajadaliśmy się pysznymi flaczkami i dawaliśmy odpocząć zmęczonym wędrówką nogom. 

            Kiedy już napełniliśmy żołądki udaliśmy się na przystanek, z którego busem pojechaliśmy do Lublina. Zdaję sobie sprawę z tego, że podczas tego krótkiego pobytu nie udało nam się odwiedzić wszystkich ciekawych miejsc w mieście i okolicy, ale będzie to dla mnie motywacją by powrócić tu jeszcze nie raz, chociażby podczas planowanej przeze mnie od pewnego czasu wędrówki „Szlakiem Dworów nad Giełczwią”, który jest tym bliższy mojemu sercu, gdyż prowadzi przez moją rodzinną miejscowość i jej okolice. Do zobaczenia więc na następnej wędrówce… Gdzie? A tego jeszcze nikt nie wie!!! 

           

             Obejrzyj koniecznie zdjęcia z wedrówki po Piaskach i okolech  


Wyjazd do Sandomierza - 14 - 15 września 2012

            Sandomierz planowaliśmy już od kilku lat. Zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie i nie mogliśmy się zebrać do tego wyjazdu. Wujek Stasiek zapraszał mnie nie raz, ale a to wolnego z pracy nie było, a to kasy brakowało. Życie poprostu. W końcu jednak udało nam się zebrać i wyruszyliśmy na zwiedzanie starego, Królewskiego Miasta.

            Sandomierz to jedno znajstarszych, najpiękniejszych i najważniejszych historycznie miast Polski. Początki osadnictwa na tym terenie i w jego regionie, sięgają najdawniejszych czasów. Świadczą o tym dokonywane w obrębie miasta i okolic liczne odkrycia archeologiczne. Ślady pierwszej obecności człowieka na tym obszarze pochodzą z młodszej epoki kamiennej - neolitu (5200 p.n.e. - 1700 p.n.e.). Usytuowane jest na lessowych wzgórzach. Zachowało się tu ponad 120 zabytków architektury z różnych epok. Do najwyższej klasy zaliczane są średniowieczny układurbanistyczny miasta oraz jeden z najstarszych obiektów ceglanych na tereniePolski - kościół św. Jakuba. Sandomierz jest ściśle związany z wydarzeniamihistorycznymi Polski.

             Tu przebywalikrólowie, książęta i wiele innych ważnych osobistości, pozostawiając po sobieliczne pamiątki. Najważniejszym gościem we współczesnych czasach był Papież Jan Paweł II, który odwiedziłmiasto 12 czerwca 1999 roku.

Atrakcjami przyrodniczymi Sandomierza są Góry Pieprzowe, zaliczane do najstarszych gór w Europie. Można tu spotkać okazy flory stepowej oraz unikatowe naturalne rosarium, utworzone z kilkunastu gatunków dzikiej róży. Najczęściej odwiedzany przez turystów jest Wąwóz Królowej Jadwigi ciągnący się na odcinku pół kilometra.

Jak mogłem nie odwiedzić takiego miejsca! Co prawda nie był to mój pierwszy wyjazd do Sandomierza, ale podczas wcześniejszych wyjazdów nigdy nie było czasu na szczegółowe zwiedzanie miasta. Postanowiliśmy wiec wyruszyć!

 

14 września 2012 roku

 

            Dzień wyjazdu wstał pochmurny i chłodny. Nisko wiszące chmury wyglądały tak jakby za moment miał z nich lunąć deszcz. Na szczęście nie padało. Zebraliśmy swoje bagaże spakowane dnia poprzedniego i byliśmy gotowi do wyruszenia w drogę. Z mieszkania w Lublinie wyszliśmy równo o 6-stej rano, by kwadrans później autobusem MPK, linii 31 pojechać na Lubelski Dworzec Główny PKS. Tutaj po zakupieniu biletów, ostatnich zakupach w „spożywczaku” i chwili poczekania, wsiedliśmy o 7:00 do autobusu jadącego docelowo do Zakopanego. W autokarze było wielu turystów podążających w góry, by pożegnać odchodzące lato i przywitać najpiękniejszą dla gór porę roku, jaką jest jesień.

            Kiedy wyruszamy z Lublina o 7:10 zaczyna padać dość rzęsisty deszczyk. Wyruszamy w trasę przez Kraśnik, Annopol, most na Wiśle, Zawichost, by ostatecznie o 9:20 wysiąść na dworcu w Sandomierzu. Sandomierz także przywitał nas deszczem. Ze znalezieniem drogi do mieszkania wujka nie miałem problemów. Po pół godzinie byliśmy na miejscu. Wypiliśmy u wujka ciepłą herbatkę i przekąsiliśmy co nieco. Jednak nie zagrzaliśmy tam miejsca długo. Pogoda zaczęła się nieco poprawiać i niemogliśmy się doczekać rozpoczęcia zwiedzania.

            Ulicą Mickiewicza przeszliśmy do Bramy Opatowskiej, gdzie zrobiliśmy pierwsze zdjęcia. Była godzina 10:40.  Brama Opatowska, zbudowana w XIV - XVI w. - jedna z najlepiej zachowanych bram miejskich w Polsce. Nieopodal pozostały fragmenty średniowiecznych murów obronnych oraz furta dominikańska tzw. "Ucho Igielne". Gotycka brama wjazdowa do miasta, wzniesiona w XIV wieku z fundacji Kazimierza Wielkiego. Jedyna jaka zachowała się spośród czterech istniejących. Uznawana była za największą. 

            Spod Bramy wyruszyliśmy w kierunku Rynku, tutaj znowu zatrzymaliśmy się w celu podziwiania zabytków i zrobienia kilku zdjęć.  Kamienice mieszczańskie wokół Rynku Starego Miasta wznoszone od XV w. zachowały w swoich murach wiele cennych detali architektonicznych, świadczących o bogatej przeszłości historycznej tych budynków. Następnie przeszliśmy pod Ratusz.  Ratusz - zbudowanyw XIV w., rozbudowany w XVI w. (attyka), jeden z najpiękniejszych ratuszyr enesansowych w Polsce. Zbudowany w XIV w. pierwotnie w kształcie wieży. Rozbudowany w XV w. uzyskał plan wydłużonego prostokąta, natomiast w XVI w. został zwieńczony attyką. Na początku XVII w. przybudowano od zachodu wieżę. Ratusz wielokrotnie ulegał pożarom, m.in. w 1623 roku i 1757. Budynek jest budowlą ceglaną. Wysoka attyka zakrywa dach. Otynkowana wieża, z arkadowym wejściem do sal parteru pokryta jest blaszanym dachem i zwieńczona orłem z czasów Księstwa Warszawskiego. Ks. M. Buliński wspomina w "Monografii" o odkryciu pod Ratuszem w XIX wieku obszernej piwnicy, która służyła za więzienie. Torturowano w niej obwinionych. Świadczyć o tym miały haki i kółka w ścianach. W części zajmowanej przez muzeum prezentowana jest ekspozycja o charakterze historyczno-artystycznym. Klimat zabytkowych wnętrz podnoszą zestawy mebli w stylu późnorenesansowym, neorenesansowym i neobarokowym. Wystrój współtworzą dokumenty, pieczęcie miejskie, w tym między innymi dokument lokacyjny Leszka Czarnego z 1286 roku, a także komplet szachów sandomierskich, datowany ok. XII -XIII w. Nie wchodziliśmy jednak do środka.

            Spod ratusza udaliśmy się ulicą prowadzącą do Sandomierskiego Zamku. Zamek - wzniesiony w XIV w., na miejscu dawnego grodu, później przebudowany, jest w swojej obecnej postaci wyrazem przemian i nawarstwień historycznych - obecnie siedziba Muzeum Okręgowego.
           Zamek zbudowano na miejscu pierwotnej warowni istniejącej na wzgórzu co najmniej od X w. Badania archeologiczne potwierdziły istnienie pierwotnego grodu. W 1139 roku kiedy Sandomierz został stolicą księstwa dzielnicowego, a gród rezydencją książęcą i jako taki z pewnością musiał się rozbudowywać. Ówczesny książęcy gród otoczony był drewniano-ziemnym wałem oraz systemem zasieków ze skośniewbitych pali. Od strony wysoczyzny przekopano fosę.

Mieściła się tu kasztelania, a od przełomu XII-XIII wieku - stolica księstwa dzielnicowego. W XIV wieku Kazimierz Wielki wykorzystał miejsce grodu pod budowę murowanego zamku, który prawdopodobnie w tym okresie został połączony z murami miejskimi. Wieża południowo-zachodnia, która króluje nad ulicą Zamkową została wybudowana w 1480 roku. W 1525 roku zamek przekształcony został na rezydencję renesansową według projektu Benedykta zwanego "Sandomierzaninem". Później był jeszcze wielokrotnie przebudowywany z udziałem wybitnego architekta i rzeźbiarza Santi Gucciego.

Składał się on z czterech skrzydeł obejmujących kolumnowy dziedziniec. Niestety w 1656 roku został wysadzony w powietrze przez wycofujących się z miasta Szwedów. Ocalało jedynie skrzydło zachodnie. Od połowy XVII wieku w zamku nie rezydowali królowie, ani nawet starostowie sandomierscy. Zamek stał się przede wszystkim budynkiem użyteczności publicznej. Po 1795 roku Austriacy przeznaczyli zamek na sąd i więzienie. Natomiast dziedziniec zamkowy otoczono półkoliście biegnącym murem. Na dziedzińcu zamkowym zachowała się stara studnia, a pod powierzchnią fundamenty kazimierzowskiego zamku. Więzienie zlikwidowano w 1959 roku. Tutaj, pochodziliśmy chwilę po urokliwym dziedzińcu robiąc liczne zdjęcia tej imponującej budowli.

Po zwiedzeniu zamku zeszliśmy w dół wkierunku Wisły i Bulwaru im Józefa Piłsudskiego. Tutaj również zrobiliśmy kilkanaście zdjęć z widokiem na Zamek, bulwar i sandomierską Katedrę. Do tej właśnie ostatnio wspomnianej katedry udaliśmy się następnie wspinając się podgórę dość stromą uliczką.  Katedra - wzniesiona w XIV w. ,gotycka, zachowała pierwotny układ przestrzenny i bogatą dekorację rzeźbiarską we wnętrzu. Posiada wyposażenie wewnętrzne z XV - XVII wieku (freski bizantyjsko - ruskie, ołtarze rokokowe, obrazy i rzeźby). Bazylika Katedralna wzniesiona została w miejscu pierwotnej romańskiej kolegiaty, zniszczonej najazdami Tatarów w XIII wieku i Litwinów w 1349 roku. W 1360 roku król Kazimierz Wielki funduje nową kolegiatę, która wraz z powstaniem Diecezji Sandomierskiej w 1818 roku otrzymała godność Katedry, a w 1960 roku godność Bazyliki Katedralnej. Jest to gotycka budowla typu halowego z trójboczniezamkniętym, wydłużonym prezbiterium, nakryta sklepieniami krzyżowo-żebrowymi. Na ścianach prezbiterium zachowały się polichromie wykonane ok. 1421 roku przez warsztat ruski, mistrza Hayla z Przemyśla. Freski odsłonięto i zakonserwowano wl atach 1934-1936. Ołtarze i portale Katedry wykonane są z czarnego marmuru, a ozdobione marmurem różowym. Są to unikatowe przykłady wyrobów kamieniarskich warsztatów w Czarnej pod Krakowem w XVII i XVIII w. Wnętrze kościoła zdobi wspaniały zespół rokokowych ołtarzy (II poł. XVIII w.) przy międzynawowych filarach. Są one dziełem wybitnego warsztatu mistrza Macieja Polejowskiego ze Lwowa. Na ścianach naw widnieje zespół 16 obrazów, z których 12 tworzy cykl tzw. "Kalendarium", natomiast cztery obrazy pod chórem przedstawiają sceny z historii Sandomierza. Męczeństwo Sandomierzan w 1260 roku, męczeństwo dominikanów w 1260 roku, rytualny mord żydowski oraz wysadzenie zamku przez Szwedów w 1656 roku. Ten ostatni obraz przedstawia legendarny moment, kiedy toporwany podmuchem rycerz Bobola, został przerzucony wraz z koniem przez Wisłę, nie doznając żadnego uszczerbku na ciele. W skarbcu Katedry przechowywane są między innymi liczne inkunabuły i relikwiarz Drzewa Krzyża Świętego podarowany Kolegiacie przez króla Władysława Jagiełłę w uznaniu zasług rycerstwa sandomierskiego w bitwie pod Grunwaldem. Przepięknej budowli poświęciliśmy następne kilkanaście minut by w skupieniu zwiedzać i podziwiać jej wnętrza. Później przyszła pora na zdjęcia na zewnątrz, skąd doskonale widać było kubaturę Sandomierskiego Zamku.

Podążając dalej uliczką pod górę w stronę Rynku przeszliśmy obok  Dzwonnicy przy Bazylice Katedralnej - wysoka, wzniesiona z kamienia barokowa dzwonnica została wybudowana w latach 1737 -1743. To świadek najważniejszych wydarzeń w dziejach miasta. Dziś, we wnętrzach obiektu udostępnionego dla turystów, można podziwiać wspaniałą więźbę dachową, zobaczyć przyciągające uwagę, podświetlone dzwony oraz zapoznać się z ikonografią dotyczącą budowli. Atrakcją jest możliwość zejścia do pierwszej kondygnacji piwnic. My niestety nie wchodziliśmy do środka, gdyż robiło się już dosyć późno, a i głód powoli dawał się nam we znaki.

Wędrując uliczkami w kierunku Rynku minęliśmy jeszcze jedną ciekawą wartą wspomnienia, a mianowicie  Pałac Biskupi -  wzniesiony w latach 1861-64 z materiałów pochodzących z rozbiórki kościołów Marii Magdaleny i św. Piotra. Klasyczny, zwieńczony niską attyką ma na piętrze podziały pilastrowe oraz fryz z popiersiem w medalionach. Narożnik północno-zachodni w formie półkolistego ryzalitu mieści na piętrze kaplicę. Od frontu pałac poprzedza niewielki ogródek otoczony metalowym parkanem, z tyłu większy ogród otacza wysoki mur. Dalej przez Rynek i Bramę Opatowska wróciliśmy na pyszny obiadek do wujka.

Po obiedzie wyruszyliśmy ulicą Mickiewicza w kierunku przeciwnym niż poprzednio. Chciałem bowiem obejrzeć Cmentarz Wojenny Żołnierzy Radzieckich i stojące u wejścia do niego dwa czołgi. Idąc w kierunku cmentarza po lewej stronie minęliśmy siedzibę Państwowej Straży Pożarnej w Sandomierzu, przy której znajduje się mini ekspozycja zabytkowych wozów i sprzętów pożarniczych. Znając moje zamiłowanie do wszystkiego co związane ze strażą pożarną nie mogłem oczywiście odmówić sobie zatrzymania w tym miejscu i zrobieniu kilku zdjęć. Powędrowaliśmy dalej.

Przy cmentarzu i na jego terenie zrobiliśmy kilka zdjęć, głównie interesujących mnie czołgów, które ponoć wcześniej stały przy Bramie Opatowskiej. W drodze powrotnej w kierunku Starego Miasta skręciliśmy w prawo by obejrzeć Park Piszczele. To bardzo urokliwy wąwóz, w którym zrobiliśmy kolejne zdjęcia. Nowo wybudowanymi ścieżkami Parku przeszliśmy w kierunku Wisły. Na wysokości zamku skręciliśmy w lewo by zrobić sobie zdjęcia przy ekspozycji na którą składało się kilka armat ustawionych wśród pięknej roślinności.

Następnie ścieżką udaliśmy się na przeciwną stronę wąwozu pod Dworek Skorupskich. Jest to jeden z najstarszych Sandomierskich dworków, wybudowany z drewna modrzewiowego, obecnie po remoncie. Na tabliczce przed wejściem wygrawerowano napis „Dom Ojca Mateusza” nawiązujący do popularnego, kręconego w Sandomierzu serialu TVP.

Spod dworku sandomierskimi uliczkami przeszliśmy w okolice Domu Jana Długosza, Collegium Gostomianum.  Collegium zostało wzniesione na początku XVII w., późnorenesansowe, zachowało pierwotny kształt architektoniczny i funkcję. Jest jedną z najstarszych szkół średnich w Polsce. Zachowało się "szkolne" skrzydło dawnego kolegium jezuitów ufundowanego w 1602 roku przez Hieronima Gostomskiego - wojewodę poznańskiego i kasztelana sandomierskiego. Zespół wznoszony był w latach 1604-1615 przez budowniczego jezuickiego Michała Hitza. Niszczony pożarami w 1656 i 1813 roku. W II połowie XIX w. rozebrano południowe skrzydło i kościół św. Piotra stojący na środku dziedzińca od XII wieku. Badania archeologiczne potwierdziły w tym miejscu istnienie wczesnośredniowiecznej osady, a później cmentarzyska. Sześciokondygnacyjny obiekt zachował oryginalny układ przestrzenny, dekorację sklepień, pierwotny system ogrzewania budynku oraz w dwóch kondygnacjach oryginalną, eliptyczną klatkę schodową, która jest odosobnioną konstrukcją tego rodzaju w Polsce. Pod tą budowlą znajdują się obszerne dwupiętrowe piwnice. Obecnie w budynku Collegium Gostomianum znów mieści się szkoła.

Następnie przeszliśmy pod jedną (obecniejedyną ocalałą) furtę prowadzącą przez sandomierskie mury zwaną „Uchem Igielnym” lub Furtą Dominikańską. Są to prowadzące przez wąski przesmyk dość strome schody.

Po zrobieniu zdjęć przeszliśmy na Rynek Starego Miasta, gdzie postanowiliśmy zjeść kolację, by nie obciążać jej robieniem wujka, kiedy powrócimy do niego na noc. Po za tym chcieliśmy poczekać, aż zrobi się ciemno, abyśmy mogli zrobić zdjęcia nocnej panoramie Sandomierza. Usiedliśmy więc w jednej z Sandomierskich restauracji zjadając kolację popijaną napojem z pianką.

Kiedy zrobiło się już całkiem ciemno i iluminacje rozświetliły sandomierski rynek rozpoczęliśmy fotografowanie. Na początek rynku z widokiem na Ratusz. Następnie przeszliśmy  pod „Ucho igielne”, gdzie zrobiliśmy kolejne zdjęcia. Następnie uliczką w dół przeszliśmy pod Zamek, wyglądał pięknie w nocnym oświetleniu. Równie pięknie oświetlona jest katedra i kamieniczki na Starym Mieście. Po tej sesji zdjęciowej wróciliśmy ponownie na Rynek i pochodziliśmy jeszcze chwilę, by przez Bramę Opatowską przejść na ul. Mickiewicza gdzie mieszka wujek i gdzie mieliśmy miejsce na nocleg.

              Już na naszej kwaterze praktycznie od razu poszedłem spać. To był ciężki dzionek. Jutro kolejny dzień zwiedzania. Mam nadzieję, że będzie równe udany jak dzisiejszy.

15 września 2012 roku

 

            Obudziły mnie kościelne dzwony z oddalonego o kilkadziesiąt metrów kościoła pw. Św. Józefa. Kiedy wyjrzałem przez okno zobaczyłem piękną, słoneczną pogodę. Całkiem inną niż ta jaką mieliśmy wczoraj. Ucieszyłem się, gdyż zależało mi na dobrych warunkach, by zrobić ciekawe zdjęcia. Zaraz po śniadaniu postanowiliśmy wyruszyć na zwiedzanie.

            Rozpoczęliśmy podobnie jak wczoraj od Bramy Opatowskiej. Dzisiaj jednak postanowiliśmy wspiąć się na jej szczyt, by zrobić, przy pięknym słońcu zdjęcia panoramy miasta, widoku na Wisłę i jej dolinę, na oddalone o kilka kilometrów Góry Pieprzowe. Zakupiliśmy więc bilety i stromymi schodami rozpoczęliśmy wspinaczkę na szczyt bramy. Z wysokości 30 metrów widok był imponujący. Zrobiliśmy kilkanaście fotek i wysłuchaliśmy opowieści przewodnika (oprowadzającego jakąś grupę), o historii miasta i samej bramy

            Kiedy zeszliśmy na dół przez staromiejski Rynek, „Ucho igielne” i Park Piszczele, przeszliśmy lessowym wąwozem pod najstarszy sandomierski  Zespół Klasztorny Dominikanów przy kościele św. Jakuba - zbudowany w 1226r., późnoromański, zachował typowy układ przestrzenny budowli klasztornej i bogatą dekorację plastyczną z cegły formowanej i glazurowej. Jest najstarszym inajcenniejszym zabytkiem Sandomierza, jednocześnie jest to jeden z pierwszych w Polsce kościołów wzniesionych z cegły, zaliczany do wąskiej grupy zabytków najwyższej klasy. Wzgórze, na którym wzniesiono kościół, nazywane Świętojakubowskim bądź Staromiejskim, było od wielu wieków intensywnie zasiedlane. W okresie od X do XIII wieku rozwijała się tu prężnie osada z targiem. W końcu XII wieku księżna Adelajda, funduje świątynię. Na jej miejscu w latach 1226-1250 z fundacji Iwona Odrowąża dominikanie budują zachowaną dzisiejszą budowlę klasztorną i osiedlają się w Sandomierzu. Kościół wzniesiono jako trójnawową bazylikę z wydłużonym trójprzęsłowym prezbiterium. Do kościoła przylegają zachowane w części skrzydła klasztoru, dzwonnica z 1314 roku oraz kaplica poświęcona męczennikom sandomierskim z połowy XVII w. Na uwagę zasługuje późnoromańską dekoracja ceramiczna elewacji, a zwłaszcza portal północny, zaliczany do najpiękniejszych portali ceramicznych w kraju. Wnętrze kościoła zdobią cenne witraże z lat 1910-1918 projektu Karola Frycza, skrzydła dawnego ołtarza głównego z 1599 roku i sztukaterie sklepienia w prezbiterium i Kaplicy Męczenników z XVII w. Przed kościołem, jak i w jego wnętrzach zrobiliśmy kolejne zdjęcia. Naprawdę piękne miejsce, godne polecenia każdemu zwiedzającemu Sandomierz.

            Spod Kościoła Świętego Jakuba, uliczką wspinającą się w górę przeszliśmy pod Kościół św. Pawła. Nie wchodziliśmy jednak do środka. Obejrzeliśmy natomiast tereny wokół starej plebanii i stary dąb – pomnik przyrody.

      O 10:30 byliśmy już u wlotu do lessowego Wąwozu Królowej Jadwigi jest on cennym zabytkiem przyrodniczym Sandomierza. znajdującym się w południowo zachodniej części miasta. Początek wąwozu znajduje się w pobliżu kościoła św. Pawła. Wąwóz ma długość ok. 500 m. Jego strome zbocza, miejscami osiągające nawet 10 m wysokości, porośnięte są bujną roślinnością. Wąwóz jest objęty ochroną, znajduje się tu 12 pomników przyrody ożywionej. Należą do nich: jesionwyniosły, klon pospolity, dąb szypułkowy i lipa drobnolistna oraz wisienka karłowata.

           Przyrodniczy zabytek powstał ze skały lessowej w wyniku erozji wodnej, która trwa do dnia dzisiejszego. Woda wypłukuje wąwóz, powodując ciągłe jego pogłębianie. Konary drzew, które łączą się ze sobą dają wrażenie zamkniętego tunelu. Wszystko to nadaje wąwozowi tajemniczy i niezwykle urokliwy charakter. Wąwóz to naprawdę bajkowe miejsce. Zrobiliśmy tutaj kolejnych kilkanaście fotek. Bardzo lubię spacerować lessowymi wąwozami, gdyż przypominają mi one moje rodzinne strony. Tam także dużo jest (może nie tak głębokich i słynnych), ale równie pięknych, lessowych „wypłukalin” wodnych.

            Wąwozem doszliśmy nad Wisłę. Tutaj przeszliśmy przez, nieco moim zdaniem zbyt zabetonowany i martwy, Bulwar im. Józefa Piłsudskiego”, by przez chwilę popatrzeć na wiślany nurt. Niestety statkiem rzecznym nie udało nam się popłynąć ze względu na niski poziom wody w rzece. Wypiliśmy więc kawę i odpoczęliśmy chwilę.

            Dalej pospacerowaliśmy Doliną Wisły. Po drodze minęliśmy dawny, dziś nieco zaniedbany i zamknięty dla zwiedzających, zabytkowy spichlerz zbudowany w XVII wieku, a przebudowany w XIX wieku, jest to jedyny zachowany spichlerz sandomierski. Niegdyś pod mury tej budowli podchodziła Wisła. Teraz dzieli go od rzeki nasyp drogowy. Spichlerz powstał najprawdopodobniej w XV w. Budynek był wielokrotnie przebudowywany. W 1908 roku przebudowano go na cele mieszkalne. Idąc dalej wtym kierunku doszliśmy do miejsca, gdzie 12 czerwca 1999 roku msze św. odprawił śp. Papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do Ojczyzny. Tutaj pod pomnikiem papieskim zrobiliśmy zdjęcia i chwilę odpoczęliśmy. Dalej wróciliśmy się kawałek do krętych schodów, którymi wspięliśmy się na szczyt skarpy wiślanej.

            Tutaj weszliśmy na chwilę do muzeum znajdującym się w domu Jana Długosza.  Dom  zbudowany w 1476 r. zfundacji słynnego historyka - jeden z najlepiej zachowanych gotyckich domów mieszkalnych. Wewnątrz mieści bogate zbiory Muzeum Diecezjalnego. Ufundowany został w 1476 roku przez historyka Jana Długosza, kanonika sandomierskiego dla księży mansjonarzy, wikariuszy katedry. W 1864 roku dom oddano pod zarząd kapituły katedralnej. Jest to dwukondygnacyjna, ceglana budowla z wysokimi szczytami i dwuspadowym dachem. Nad południowym wejściem znajduje się kamienna tablica erekcyjna z herbem Wieniawa, napisem i datą 1476. Układ wnętrz z obszerną sienią pośrodku i belkowanymi stropami, został częściowo zmieniony dla potrzeb muzealnych. Od 1937 roku mieści się tu Muzeum Diecezjalne. Autorem ekspozycji był Karol Estreicher, historyk sztuki z Krakowa. Muzeum posiada bardzo cenne zbiory z zakresu malarstwa, rzeźby sakralnej, tkaniny, drobnej plastyki oraz elementów wystroju architektonicznego, jak również sztuki zdobniczej, ceramiki, kolekcji mebli, numizmatyki i archeologii.

            Staromiejskimi uliczkami dotarliśmy do miejsca, gdzie swój początek ma Podziemna Trasa Turystyczna. Zakupiliśmy bilety i korzystając z faktu, że mamy trochę czasu do wejścia poszliśmy coś przekąsić. Po jedzeniu ponownie wróciliśmy do tego miejsca by rozpocząć zwiedzanie. Wejście na trasę znajduje się od ulicy Oleśnickich, długość trasy 470 m, zróżnicowana głębokość dochodząca do 12 m poniżej poziomu rynku. Czas zwiedzania - 45 min. Trasa utworzona została w czasie prowadzenia górniczych prac zabezpieczających Stare Miasto przez połączenie dawnych piwnic i podziemnych składów kupieckich.

          Sandomierskie lochy owiane są legendami. Drążone przez wieki pod miastem korytarze i komory w opowieściach i legendach ciągną się do podmiejskich wiosek Kobierniki i Krakówka, a nawet pod dnem Wisły na jej prawy brzeg i dalej, aż do zamku w Baranowie Sandomierskim. Tu według legendy zginęła bohaterka Halina Krempianka, ratując miasto przed Tatarami. Podziemia, które w burzliwej historii Sandomierza były schronieniem dla mieszkańców, stały się też przyczyną wielu katastrof budowlanych.

          Niestety w 1963 roku nasiliły się awarie i zapadliska. Wówczas zespół pracowników naukowych Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie opracował specjalny program„ Wytyczne Ratowania Dzielnicy Staromiejskiej w Sandomierzu”. Rok później rozpoczęto prace górnicze w podziemiach. W rezultacie uzyskano obszar prawdziwego labiryntu piwnic, korytarzy, wyrobisk, tworzących długie,kilkukondygnacjowe, podziemne miasto. Część wyrobisk musiała zostać zlikwidowana ze względów konstrukcyjnych. Pozostawiono jednak 470 metrów trasy podziemią, a w 1977 roku oddano do zwiedzania Podziemną Trasę Turystyczną. Najgłębiej położona komora sięga 12 m. W grudniu 2007 roku Podziemna Trasa Turystycznazostała wydłużona o dodatkowe, wyremontowane pomieszczenia, znajdujące się pod Kamienicą Oleśnickich.

        Kiedy zakończyliśmy zwiedzanie trasy przyszedł czas na poznanie kolejnej atrakcji turystycznej Sandomierza – Zbrojowni Rycerskiej. Wejście do niej znajduje się niedaleko rynku. Cała jej nazwa brzmi – zbrojownia  rycerska Chorągwi Ziemi Sandomierskiej. Można w niej nie tylko obejrzeć, ale także przymierzyć zbroje rycerskie i suknie księżniczek, o które zbrojni walczyli. Poza tym należy wziąć do ręki miecz lub kuszę i zrobić dużo niezapomnianych zdjęć. Zdjęcia zrobiliśmy faktycznie niezapomniane, gdyż przebierałem się w różne, rycerskie zbroje. Przy okazji dobrej zabawy można zapoznać się z elementami uzbrojenia, strojów, a nawet narzędzi tortur z przed wielu wieków. Polecam każdemu!

            Po wyjściu zezbrojowni zrobiliśmy ostatnie zdjęcia na sandomierskim rynku i przez Bramę Opatowską poszliśmy do wujka na obiad. Po obiedzie przeszliśmy na Dworzec PKS od którego wczoraj rozpoczęliśmy nasz pobyt w Sandomierzu. Czekał tam już na nas bus do Lublina. Na szczęście znalazły się wolne miejsca i mogliśmy spokojnie wyruszyć w drogę powrotną. To była owocna wizyta. Udało nam się obejrzeć tyle ciekawych miejsc. Na pewno wspomnienia z tego pobytu długo będą gościły w mojej pamięci.

            Kiedy dojechaliśmy do Lublina i wysiedliśmy z busa, na dworze panował zmrok. Teraz tylko spacerek do domu i odpoczynek po trudach zwiedzania.

 

Informacje o zwiedzanych miejscach i zabytkach, oparte są namateriałach ze strony: www.sandomierz.pl

 

Obejrzyj koniecznie zdjęcia z dwudniowego wyjazdu do Sandomierza

Rajd Doliną Ciemięgi - 18 sierpnia 2012

Trasa:    Ciecierzyn - Łagiewniki - Baszki - Pliszczyn
Długość trasy:     ok. 6 km

        O Rajdzie Doliną Ciemięgi dowiedziałem się z Internetu. Jego pierwszy etap odbyłsię blisko miesiąc temu. Niestety z różnych powodów w tym i zdrowotnych niemogłem w nim uczestniczyć. Etap poprzedni rozpoczynał się od Lubelskiej dzielnicy Słowinek i biegł niebieskim szlakiem pieszym przez miejscowości: Marysin, Kol. Snopków, Jakubowice Konińskie, Dys, aż do Ciecierzyna. Organizatorem Rajdubył Oddział Miejski PTTK w Lublinie i Koło PTTK przy MPK Lublin. Już jakiś czastemu z siedziby OM PTTK w Lublinie pobrałem program i regulamin Rajdu. Bardzo żałowałem, że nie mogłem uczestniczyć w jego pierwszym etapie gdyż przebiegałnie odkrytymi jeszcze przeze mnie rejonami Doliny Ciemięgi. Trasę dzisiejszego odcinka już znałem; przeszedłem ją w 2009 roku w kierunku odwrotnym od tego zaplanowanego na dzisiaj, od Jakubowic Murowanych do Ciecierzyna.

            Rozpoczęliśmy na Dworcu PKS w Lublinie o 9:30, gdzie zaplanowana była zbiórka uczestników. Kiedy dotarłem na miejsce spotkałem 4 osoby gotowe do wyruszenia w trasę. Myślałem, że frekwencja będzie nieco większa. Niestety, chyba turystyka piesza nie przeżywa w dzisiejszych czasach swojego renesansu i nie cieszy się wielkim zainteresowaniem. Szkoda. Nie znałem tam nikogo więc grzecznie zapytałem, czy mogę dołączyć do grupy. Oczywiście spotkałem się z miłym przyjęciem ze strony kierownika tego etapu rajdu Janusza Skrzypka, kwatermistrza Zdzisława Rydza i pozostałych uczestników.

            Po odczekaniu jeszcze 15 min i stwierdzeniu, że już nikt do naszego grona nie dołączy zapakowaliśmy się do busa jadącego do Lubartowa i zakupiliśmy bilety do Ciecierzyna. Podróż nie trwała długo i po 15 min byliśmy na miejscu.

            Ciecierzyn to podlubelska wieś w gminie Niemce. Pierwsze wzmianki na temat wsi pochodzą zpoczątku XV w. Od XV wieku wzmiankowana siedziba szlachecka była gniazdem rodowym Ciecierskich, w XVII w. Zebrzydowskich. W czasie "Potopu" ośrodek dworski i wieś spalone, następnie przejęte przez konwent sandomierski, po uwłaszczeniu następowały liczne zmiany właścicieli. Jeszcze w I pół. XIX w.jeden z przedstawicieli rodziny Gerliczów przybyłej zapewne ze Śląska, Teofil Gerlicz piwowar lubelski i dzierżawca konsumpcji nabył Ciecierzyn. Około 1870r. dobra Ciecierzyn składały się z folwarków Ciecierzyn i Baszki oraz wsi Ciecierzyn i Baszki. Dawny ośrodek dworsko-folwarczny usytuowany był pozachodniej stronie głównej drogi przelotowej, przy skrzyżowaniu z drogą do Dysa. Na pozostałościach murowanego dworu wzniesiony został nowy budynek szkoły. Fragmenty dawnych budynków gospodarczych zostały przekształcone i rozbudowane, dostosowane do nowych potrzeb. Wokół dawnego ośrodka dworskiego zachowany jest park krajobrazowy z cennymi okazami drzewostanu. 

     Po dopełnieniu formalności związanych z uczestnictwem w rajdzie wyruszyliśmy w drogę. Po przejściu pod wiaduktem remontowanej właśnie linii kolejowej Lublin – Łuków, asfaltowa drogą skręciliśmy w prawo, by po przejściu kilkudziesięciu metrów przekroczyć most na rzece Ciemiędze. Po drodze kierownik rajdu uzupełniał brakujące lub zniszczone oznaczenia niebieskiego szlaku, którym wędrowaliśmy. Za mostem droga skręcała w lewo w kierunku południowo – wschodnim.

Po ok. 20 minutach marszu doszliśmy do drewniano – metalowego mostu na Ciemiędze w miejscowości Baszki.  Tutaj zeszliśmy w lewo nad zasilające Ciemięgę źródła, gdzie zrobiliśmy kilkuminutowy odpoczynek, w czasie którego była możliwość wykonania zdjęć w tym jakże urokliwym miejscu. Po prawej stronie mostu także znajdowały się źródła, jednak nie tak ciekawe, gdyż obudowane betonową obejmą, co znacznie zmniejszało ich atrakcyjność.

W 1427 r. pojawiła się pierwsza wzmianka na temat wsi Baszki. W średniowieczu jest to własność szlachecka rodu Gutów. W 1427 - występuje Mikołaj Wyszkowic z 1452 - następuje rozgraniczenie z Jawidzem. 1452-33 - wzmiankowana w kluczu pilszczyńskim. Wieś Baszki składa się z tzw. starej wsi (odpowiadającej najwcześniejszemu okresowi zainwestowania przestrzennego) położonej na lewym brzegu rzeki Ciemięgi oraz tzw. nowej wsi (Kolonia Baszki) położonej na pn.-wsch. od części starej, usytuowanej na znacznym wzniesieniu terenu. Od zachodu stara część wsi sąsiaduje z położonym na tym samym brzegu rzeki Ciecierzynem, natomiast na drugim brzegu rzeki Ciemięgi znajdują się Łagiewniki. Luźno rozrzucona, niezbyt liczna zabudowa wiejska usytuowana jest wzdłuż jednej drogi biegnącej półkolem od mostu na rzece przy granicy z Łagiewnikami i zawracającej do Ciecierzyna. Obecnie zachowały się jedynie bardzo nieliczne przykłady mieszkalnej zabudowy wiejskiej pochodzące z okresu międzywojennego, zdecydowanie przeważa budownictwo współczesne. Brak także jakichkolwiek śladów materialnych po istniejącym w XIX w. Folwarku.

Po odpoczynku wyruszamy dalej. O godz. 11-stej dochodzimy do środkowej części wsi gdzie znajduje się murowana kapliczka przydrożna. Domkowa, zwieńczona trójkątnym szczytem z żeliwnym krzyżem i dwiema murowanymi sterczynami. Zapewne z początku XX w. Przy niej także zatrzymujemy się na chwilę robiąc zdjęcia.

Idziemy dalej asfaltową drogą. Piętnaście minut później jesteśmy już na wzniesieniu z którego rozpościera się ciekawy widok na całą okolicę. Tutaj kolejny krótki przystanekna zrobienie zdjęć przy nowej, przydrożnej kapliczne. Na skrzyżowaniu dróg skręciliśmy w szutrową drogę w prawo. Po 10 min marszu doszliśmy do nowo wybudowanej asfaltowej drogi. Skręciliśmy po raz kolejny w prawo w bardzo malowniczy wąwóz, którym powędrowaliśmy w dół w kierunku miejscowości Pliszczyn.

W połowie schodzenia skręciliśmy w gruntową drogę w prawo. Po kilkunastu metrach doszliśmy do polany na której postanowiliśmy zrobić dłuższy postój. Podjęliśmy decyzję o rozpaleniu ogniska. Były pieczone kiełbaski i rozmowy o przebytej drodze i planach na przyszłość. W czasie tego postoju odbył się także drugi etap konkursu o Puchar Prezydenta Miasta Lublina z wiedzy o Lublinie i okolicach oraz o turystyce i krajoznawstwie. Poszło mi całkiem nieźle, chociaż zauważyłem pewne luki w mojej wiedzy, które mam zamiar w najbliższym czasie uzupełnić.

Najedzeni i wypoczęci wyruszyliśmy w dalszą drogę. Do celu mieliśmy już niedaleko, bo ok. 0,5 km. Po zejściu wąwozem doszliśmy do miejscowości Pliszczyn. Pierwsze wzmianki o Pliszczynie znajdująsię, w pochodzącej z drugiej połowy XV wieku „Liber beneficiorum” (Księga uposażeń diecezji krakowskiej). Dokument ten, autorstwa Jana Długosza, wymienia Pliszczyn jako jedną z miejscowości, przynależących do parafii Bystrzyca. Wydaje się jednak, że historia Pliszczyna może sięgać wieku XIV a nawet XIII. Resztki fosy obronnej, otaczającej obecne zabudowania klasztorne, pozwalają przypuszczać, że jest to teren pierwotnie założonego tu folwarku rycerskiego, pełniącego również rolę dworu obronnego, który był charakterystyczną budowlądla wieku XIII i XIV.

Od wieku XVI źródła historyczne wymieniają już systematycznie Pliszczyn w różnego rodzaju dokumentach. Obecnie jest to stosunkowo mała miejscowość, leżąca w malowniczej dolinie rzeki Ciemięgi, oddalona zaledwie kilkanaście kilometrów od Lublina. Od strony Wólki prowadzi do Pliszczyna kręta asfaltowa droga, przy której znajduje się Szkoła Podstawowa i Gimnazjum. Skręcając z głównej drogi w prawo mija się cmentarz parafialny, kościół i dociera się do Domu Zakonnego księży Sercanów, dawnego dworu Róży i Jana Kołaczkowskich.

W Pliszczynie udaliśmy się nad Ciemięgę. W tym miejscu znajduje się dość wysoki próg wodny tworzący wodospad. Zrobiliśmy kilka zdjęć w tym uroczym zakątku. Następnym punktem zwiedzania był dwór, obecnie Dom Zakonny Księży Sercanów. Pięknie odnowiony, otoczony parkiem dwór zachęcał do fotografowania.

Po obejrzeniu (niestety tylko z zewnątrz) dworu poszliśmy na przystanek MPK. Tutaj poczekaliśmy chwilę na autobus linii 22, którym wróciliśmy do Lublina. Niestety nie poszliśmy dalszą częścią niebieskiego szlaku prowadzącego dalej do Jakubowic Murowanych, gdyż szlak ten prowadzi przez teren budowy obwodnicy Lublina i ciężko byłoby się przedostać przez plac budowy. Wiem jedno, że na pewno nie jest to moja ostatnia wędrówka tym szlakiem. Wrócę na niego na pewno, a w najbliższym czasie mam zamiar pokonać etap, którego niestety nie udało mi się przejść w I etapie rajdu.

Korzystając z okazji, że znalazłem się w centrum Lublina postanowiłem  odwiedzić odbywający się w tych dniach Jarmark Jagielloński. Jarmark to impreza  na której prezentowana jest sztuka i rzemiosło tradycyjne reprezentowane przez twórców ludowych z Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy, koncerty muzyki tradycyjnej i inspirującej się nią muzyki folkowej, warsztaty edukacyjne dla dzieci i dorosłych, wystawy, pokazy, a wszystko na uliczkach Starego Miasta w Lublinie, gdzie mury kamienic niejedną historię zasłyszały, niejedną kryją legendę i tajemnicę, a wszystko obserwuje złoty kogucik z Wieży Trynitarskiej. Było co oglądać. Oby takich dni, takich rajdów i imprez było jak najwięcej.


Obejrzyj koniecznie zdjęcia z Rajdu Doliną Ciemięgi oraz zdjęcia z Jarmarku Jagiellońskiego 


Wycieeczka do Radawca - 08 sierpnia 2012

Trasa:    Lublin - Stasin Leśny - Stasin - Marynin - Motycz - Kozubszczyzna - Lotnisko w Radawcu - Radawiec Duży - Lublin
Długość trasy:  ok. 13,5 km
      Wędrówkę rozpoczęliśmy z parkingu przy Carrefurze na ul. Jana Pawła II w Lublinie o godz. 10:50. Wcześniej nie planowaliśmy trasy przemarszu; to była spontaniczna decyzja. Rzuciłem hasło: „Idziemy wzdłuż torów na lotnisko w Rudawcu”. Pomysł okazał się trafiony i po niezbędnych zakupach oprowiantowania wyruszyliśmy w drogę.

    Przez osiedle przeszliśmy w dół przecinając Wąwóz Jana Pawła II. Następnie uliczkami  os. Poręba doszliśmy do zejścia do wąwozu oddzielającego osiedle od nasypu torów kolejowych łączących Lublin z Warszawą. Tym wąwozem, wzdłuż torów, szliśmy ok. kilometra, w kierunku zachodnim. Otaczała nas kwitnąca, sierpniowa roślinność. Następnie weszliśmy na asfaltowa ulicę, którą doszliśmy do skręcającej na południe drogi gruntowej wspinającej się dość stromo na nasyp kolejowy.

            Po przejściu przez tory, przeszliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów ścieżką ciągnącą się wzdłuż torowiska. Tutaj natknęliśmy się na miejsce wykorzystywane na ogniska. Pod dorodnymi dębami postanowiliśmy zrobić pierwszy krótki odpoczynek, by dać przeschnąć przemoczonym potem koszulkom. Była godzina 11:20.

          Po 15-sto minutowym odpoczynku podczas którego uzupełniliśmy płyny i zrobiliśmy kilka zdjęć, tą samą ścieżką co poprzednio udaliśmy się w dalszą drogę. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach okazało się, że obrana przez nas trasa prowadzi przez wysokie zarośla najeżone na dodatek pokrzywami, które parzyły nie tylko po nogach i rękach, ale także… po twarzach. Chcąc nie chcąc musieliśmy się wycofać z drogi prowadzącej do nikąd.

        Wróciliśmy więc kilkanaście metrów i wzdłuż ogrodzonej posesji, przez ściernisko pozostałe po wykoszonym rzepaku powędrowaliśmy w kierunku południowym. Doszliśmy do asfaltowej drogi. Tutaj skręciliśmy w prawo i przez wieś Stasin poszliśmy w kierunku zachodnim, aż do Stacji Kolejowej Stasin Polny. Tutaj zrobiliśmy kolejny krótki odpoczynek, podczas którego podziwialiśmy przejeżdżające dość często tą trasą pociągi. Była godzina 12:30, a my mieliśmy przed sobą jeszcze dobre 2/3 drogi do pokonania.

    Odpoczynek nie trwał długo. Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Asfaltową ulicą poszliśmy nadal w kierunku zachodnim w kierunku przecięcia naszego szlaku z drogą krajową nr 19-cie. Po drodze po lewej stronie, tuż przed wiaduktem minęliśmy figurę Matki Boskiej. O 13:15 przeszliśmy pod wiaduktem na trasie 19 i dalej przez miejscowość Marynin udawaliśmy się w kierunku południowo – zachodnim oddalając się stopniowo od linii kolejowej, wzdłuż której pierwotnie zamierzaliśmy iść. Niestety brak dróg i ścieżek nie pozwolił nam realizować tego założenia. Po około godzinie marszu doszliśmy do skrzyżowania drogi, którą skręciliśmy w prawo w kierunku miejscowości Motycz. Nad naszymi głowami krążyły liczne szybowce, co przypominało nam o celu naszej wędrówki, czyli Lotnisku Aeroklubu Lubelskiego w Radawcu.  

            Po przejściu kilkuset metrów wąską „asfaltówką” doszliśmy do wsi Motycz, gdzie przekroczyliśmy po raz kolejny tory kolejowe na tutejszej stacji. Postanowiliśmy poszukać miejsca na dłuższy odpoczynek, bo głód zaczynał nam doskwierać. Nie ma nic gorszego a niżeli wędrówka z pustym żołądkiem. Po przejściu przez stację udaliśmy się kilkaset metrów zarośniętą drogą wzdłuż nasypu kolejowego. Tutaj na „ostowej łące” zrobiliśmy kolejny tym razem dłuższy odpoczynek podczas którego zjedliśmy zabraną ze sobą konserwę turystyczną. Prawdziwy wypas dla prawdziwych turystów. Nad naszymi głowami krążył szykujący się już pewnie do odlotu w „ciepłe kraje” bocian.

        Kiedy zakończyliśmy posiłek o 15:15 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Mimo tego, iż mapa okolic Lublina wskazywała nam drogę wzdłuż torów, przejście nią okazało się niemożliwe. Zarosła ona ostami, wysokimi trawami, a nawet roślinnością bagienną. Musieliśmy znaleźć drogę alternatywną. W tym celu skręciliśmy w prawo i przez pole i czyjeś podwórze, doszliśmy do asfaltowej szosy w miejscowości Kozubszczyzna. Nie lubię chodzić asfaltem, ale w tej sytuacji nie było innego wyjścia.

            Szosą przeszliśmy do miejsca, w którym czerwony szlak pieszy łączy się z drogą którą my wędrowaliśmy. Nie skorzystaliśmy jednak z dobrodziejstw wędrówki tym szlakiem i skręciliśmy w lewo w wąską początkowo asfaltową drogę. Tutaj znowu pojawiły się drobne problemy z przedostaniem się na drugą stronę torów, za którymi znajdował się cel naszej podróży, czyli lotnisko w Radawcu. W końcu jednak się udało!

            O 16:10 byliśmy już za torami na drodze gruntowej okalającej lotnisko. Przed nami ostatni etap podróży czyli dojście do przystanku busów w Radawcu. W związku z tym iż pogoda dopisywała a pora nie była jeszcze zbyt późna, postanowiliśmy popodziwiać szkolących się w sztuce pilotażu, adeptów szybownictwa i lotnictwa. W patrywaliśmy się w startujące i lądujące szybowce i latającą nad naszymi głowami awionetką. Zrobiliśmy wiele ciekawych zdjęć.

            Idąc drogą wokoło lotniska natknęliśmy się na niecodzienny widok. A mianowicie naciągnięty przez konia wóz w tzw. „lgach” (specjalne nadwozie wozu konnego przeznaczone do przewozu siana, słomy, snopów czy bel), wioząy słomę. Co raz rzadziej na wsiach można spotkać takie widoki niestety.

            Kiedy wyszliśmy na szosę, udaliśmy się na przystanek busów. Na drogę powrotną pieszo niemieliśmy już siły. Po kilkuminutowym czekaniu wsiedliśmy do busa, którym zacałe 4 zł od osoby powróciliśmy do Lublina. W Lublinie wysiedliśmy na przystanku na al. Kraśnickich przy Szpitalu Wojewódzkim. Tutaj zakończyliśmy naszą wycieczkę. Zmęczeni lecz szczęśliwi, że udało nam się osiągnąć zamierzony cel podróży będziemy ja mile wspominać podziwiając wykonane dzisiaj zdjęcia.


Obejrzyj koniecznie zdjęcia i opisy z wycieczki pieszej do Radawca...

Zimowa wycieczka brzegami Zalewu Zemborzyckiego - 11 lutego 2012

Trasa:  Prawy brzeg Zalewu Zemborzyckiego
Długość trasy:  ok. 6 km

Nad Zalewem Zemborzyckim

W zimowy, mroźny dzień postanowiłem wybrać się na wycieczkę brzegami Zalewu Zembrzyckiego. Podobną wędrówkę odbyłem wiosną ubiegłego roku. Teraz te same miejsca udało mi się obejrzeć w innej jakże odmienionej zimowej scenerii.

Wędrówkę rozpoczęliśmy od zapory na rzecze Bystrzycy od strony lasu Dąbrowa. Idąc minęliśmy uśpiony o tej porze roku Ośrodek „Słoneczny Wrotków”. Wędrując ośnieżonym brzegiem, na tafli zamarzniętego zalewu zauważyliśmy wielu chodzących po lodzie spacerowiczów, ale i inne osobliwości w postaci rowerzystów, wielbicieli motocykli… a nawet ślady kół samochodów śmiałków, którzy szukając adrenaliny wjechali, na co prawda bardzo gruby ale i niebezpieczny lód na zbiorniku. Ja sam początkowo z pewną obawą, omijając liczne odwierty w lodzie wykonane przez wędkarzy,uległem pokusie i postanowiłem pospacerować po powierzchni zalewu (nie polecam o innych porach roku i przy mniejszym mrozie jak tego dnia).

W pięknym lutowym słońcu udaliśmy się w kierunku południowym. Piękne widoki zachęcały do robienia zdjęć, które można podziwiać w mojej galerii poniżej. Po prawej stronie minęliśmy wyspę i doszliśmy do wpływu Bystrzycy do zbiornika. Po krótkim odpoczynku, podczas którego mróz zaczął dawać się coraz bardziej we znaki, a  lutowe słońce chyliło się coraz bardziej ku zachodowi postanowiliśmy udać się w drogę powrotną.

Na Ośrodku „Marina” w restauracji „Bosman”, od całkowitego wychłodzenia uratowały mnie gorące flaczki, smażona rybka i coś na wzmocnienie a mianowicie… grzane piwko. Po takim posiłku przyszedł czas na powrót do domu. W sercu pozostały niezapomniane zimowe krajobrazy z tej wędrówki. Nawet tak niedaleko od centrum miasta można znaleźć coś wyjątkowego i oderwać się od szarej codzienności… 


Obejrzyj koniecznie: Zdjęcia i opisy zimowego wędrowania brzegami zalewu

Zobacz także: Wędrówki 2011
Zobacz także: Wędrówki 2010
Zobacz także: Wędrówki 2009

Śpiewnik Turystyczny


Bieszczadzkie Anioły - SDM

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz

Najwyżej na ucho ci powie
Gdy będzie w dobrym humorze
Że skrzydła nosi w plecaku
Nawet przy dobrej pogodzie

Anioły są całe zielone
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Łatwo w trawie się kryją
I w opuszczonych sadach

W zielone grają ukradkiem
Nawet karty mają zielone
Zielone mają pojęcie
A nawet zielony kielonek

Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły
Dużo w was radości i dobrej pogody
Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie
Gdy skrzydłem cię trącą już jesteś ich bratem

Anioły są całkiem samotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
W kapliczkach zimą drzemią
Choć może im nie wypada

Czasem taki anioł samotny
Zapomni dokąd ma lecieć
I wtedy całe Bieszczady
Mają szaloną uciechę

Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły...

Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach

One nam przyzwalają
I skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala
Wieczny bieszczadzki ogień

Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły...
.Gdy skrzydłem cię musną już jesteś ich bratem

Jak - SDM

Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem
Jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem
Jak wyciągnięte tam powyżej gwieździste ramiona wasze 
A tu są nasze, a tu są nasze.

Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc 
Jak winny - li - niewinny sumienia wyrzut, 
Że się żyje, gdy umarło tylu, tylu, tylu.
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc 
Jak lizać rany celnie zadane 
Jak lepić serce w proch potrzaskane
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc 
Pudowy kamień, pudowy kamień 
Jak na nim stanę, on na mnie stanie 
On na mnie stanie, spod niego wstanę
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc 
Jak złota kula nad wodami 
Jak świt pod spuchniętymi powiekami 

Jak zorze miłe, śliczne polany 
Jak słońca pierś, jak garb swój nieść 
Jak do was, siostry mgławcowe, ten zawodzący śpiew 

Jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz 
Cudne manowce, cudne manowca, cudne, cudne manowce 

Na, na, na... 
Jak biec...
Jak biec...
Jak biec...

Chwila odpoczynku przy "Chatce Puchatka"



Pocztówka z Beskidu

Po Beskidzie błądzi jesień
Wypłakuje deszczu łzy.
na zgarbionych plecach niesie
Worek siwej mgły.
Pastelowe cienie kładzie
Zdobiąc rozczochrany las.
Nocą rwie w brzemiennym sadzie
Grona słodkich gwiazd, złotych gwiazd.


Jesienią góry są najszczersze,
Żurawim kluczem otwierają drzwi.
Jesienią smutne piszę wiersze,
Smutne piosenki śpiewam Ci.

Po Beskidzie błądzą ludzie,
Kare konie w chmurach rżą.
Święci pańscy zamiast w niebie
Po kapliczkach śpią.
Kowal w kuźni klepie biedę,
Czarci wydeptują trakt.
W pustej cerkwi co niedzielę
Rzewnie śpiewa wiatr, pobożny wiatr.

Jesienią góry są najszczersze,
Żurawim kluczem otwierają drzwi.
Jesienią smutne piszę wiersze,
Smutne piosenki śpiewam Ci.

Bieszczady

Tu w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień 
Szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień 
Mokre rosą trawy wypatrują dnia 
Ciepłe, które pierwszy promień słońca da. 
Cicho potok gada, gwarzy pośród skał 
O tym deszczu co z chmury trochę wody dał 
Świerki zapatrzone w horyzontu kres 
Głowy pragną wysoko, jak najwyżej wznieść 
Tęczą kwiatów barwny połoniny łan 
Słońcem wypełniony jagodowy dzban 
Pachnie świeżym sianem pokos pysznych traw 
Owiec dzwoneczkami cisza niebu gra 
Cicho potok gada... 
Serenadom świerszczy, kaskadami gwiazd 
Noc w zadumie kroczy, w mroku ścieląc płaszcz 
Wielkim wozem księżyc rusza na swój szlak 
Pozłocistym sierpem gasi lampy dnia 
Cicho potok gada... 

Bieszczady z Połoniny Caryńskiej



Krajka

Chorałem dzwonków dzień rozkwita, 
jeszcze od rosy rzęsy mokre. 
we mgle turkoce pierwsza bryka, 
słońce wyrusza na włóczęgę:

drogą pylistą, drogą polną, 
jak kolorowa panny krajka. 
lato się toczy ku stodołom 
będzie tańczyć walca. 

a ja mam swą gitarę 
spodnie wytarte i buty stare, 
wiatry niosą mnie. 

zmoknięte świerszcze stroją skrzypce, 
żuraw się wsparł o cembrowinę, 
wiele nanosi wody jeszcze, 
wielu się ludzi niej napije. 

drogą pylistą, drogą polną, 
jak kolorowa panny krajka. 
lato się toczy ku stodołom 
będzie tańczyć walca. 


a ja mam swą gitarę 
spodnie wytarte i buty stare, 
wiatry niosą mnie.

  We wtorek po sezonie

Złotym kobiercem wymoszczone góry,
jesień w doliny przyszła dziś nad ranem.
Buki czerwienią zabarwiły chmury,
z latem się złotym właśnie pożegnałem.

        We wtorek w schronisku po sezonie
        w doliny wczoraj zszedł ostatni gość.
        Za oknem plucha, kubek parzy dłonie
        i tej herbaty i tych gór mam dość.

Szaruga niebo powoli zasnuwa
Wiatr już gałęzie pootrząsał z liści.
Pod wiatr pod górę znowu sam zasuwam,
może w schronisku spotkam kogoś z bliskich.

        We wtorek w schronisku...

Ludzie tak wiele spraw muszą załatwić,
a czas sobie płynie wolno panta rhei.
Do siebie tylko już nie umiem trafić,
kochać, to więcej siebie dać, czy mniej.

        We wtorek w schronisku...

Trochę lubelszczyzny na bieszczadzkim szlaku....



     Moja stara peleryna

Na dobre chwile i na chwile złe,
na wielki deszcz, na nie wyspaną mgłę.
Gdy nie pomoże nawet ciepły koc,
ona jedna wiernie służy w dzień i w noc.

            Moja stara peleryna
            tak jak chłopak czy dziewczyna,
            w nią się wtulić,
            w niej zatracić jakiś czas.
            Choć miejscami się przeciera
            chociaż kaptur gdzieś uwiera
            to na moje wymagania
            jest w sam raz.

Choć mówią o niej, że to stary ciuch,
choć śmieją się, że straszę w niej jak duch,
wiem, że to jeszcze nie ostatni raz
przemierzamy kilometry znanych tras.

            Moja stara peleryna
            tak jak chłopak czy dziewczyna,
            w nią się wtulić,
            w niej zatracić jakiś czas.
            Choć miejscami się przeciera
            chociaż kaptur gdzieś uwiera
            to na moje wymagania
            jest w sam raz.

Hawiarska Koliba

Już księżyc na niebo wychodzi,
                Zapłoną dokoła ogniska,                        I wkrótce popłynie z hawiarskiej koliby        Melodia nam wszystkim tak bliska. 
     
     Usiadła już brać rozśpiewana
     Dokoła złotego ogniska.
     Wiatr niesie melodie z hawiarskiej koliby
     Na pola, na lasy, urwiska.

     Zaniesie wiatr naszą melodię
     Do domów Podhalan i Łemków,
     Piosenkę rajdową z hawiarskiej koliby,
     Piosenkę warszawskich studentów.

     Już księżyc blednie na niebie
     I promyk słońca już błyska,
     Pogasły ogniska w hawiarskiej kolibie,
     Do snu się kładzie cała izba



Hej, przyjaciele

Tam, dokąd chciałem, już nie dojdę, 
Szkoda zdzierać nóg. 
Już wędrówki naszej wspólnej 
Nadchodzi kres

Wy pójdziecie inną drogą, 
Zostawicie mnie, 
Odejdziecie - sam zostanę 
Na rozstaju dróg 

Hej, przyjaciele
Zostańcie ze mną 
Przecież wszystko to, co miałem,  
Oddałem Wam. 

Hej, przyjaciele 
Choć chwilę jedną 
Znowu w życiu mi nie wyszło, 
Znowu będę sam. 

Znów spóźniłem się na pociąg 
I odjechał już 
Tylko jego mglisty koniec 
Zamajaczył mi. 

Stoję smutny na peronie 
Z tą walizką jedną, 
Tak jak człowiek, który zgubił 
Od domu swego klucz. 

Tam, dokąd chciałem, już nie dojdę, 
Szkoda zdzierać nóg. 
Już wędrówki naszej wspólnej 
Nadchodzi kres. 

Wy pójdziecie inną drogą, 
Zostawicie mnie, 
Zamazanych drogowskazów 
Nie odczytam już. 

Połączyła nas muzyka


Znowu minął dzień, pora już na sen,
Ale gdy zamykam powiek drzwi
Wspomnienia trzepocą jak ćmy.

        Tyle dni, tyle gwiazd,
        Połączyła nas muzyka zamieszkała w nas,
        Nastroiła nasze serca, zatrzymała czas,
        Na zawsze połączyła nas.

Tyle było nut z roztańczonych strun,
Tyle ścieżek, tyle twarzy, które znam.
To wszystko przed sobą mam.

        Tyle dni...

A gdyby tak oszukać ślepy los,
Który rozrzucił nas po świecie,
Zostawić szarość życia, ciepło gniazd,
Odnaleźć się, odnaleźć...

Znowu minął dzień, nie nadchodzi sen.
Miasto twarz kamienną wciska w kąt,
Jak najdalej odjechać chcę stąd.



Wędruj z nami


Póki Cię nie zżarła nuda,
Póki siłę jeszcze masz,
Póki Ci nie straszne słońce,
Wielki deszcz i silny wiatr.
Póki lubisz liczyć gwiazdy,
Przy ognisku trzymać straż,
Spakuj plecak, załóż buty,
Dalszy ciąg już chyba znasz.


        Wędruj z nami lasami, polami
I maszeruj bez końca, bez celu,
A gdy spotkasz przygodę       
Wtedy szybko się dowiesz,       
Że tak warto na luzie czasem żyć.

W lesie Ci zagrają drzewa,
W polu Ci zaśpiewa ptak,
Deszcz opowie Ci legendę,
Do snu ukołysze wiatr.
Płomień ognia Cię ogrzeje,
A piosenka radość da.
Ty i Twoi przyjaciele,
Każdy Cię już tutaj zna.        

Wędruj z nami lasami, polami...

Kiedy młode lata miną,
Kiedy sił już będzie brak,
Kiedy nogi już zmęczone
Nie powiodą Cię na szlak,
Siedząc w cieple, przy kominku
,Zapatrzony w ognia blask,
Będziesz w ciszy snuł wspomnienia,
Tamtych ogni słyszał trzask.       

Wędruj z nami lasami, polami..

Babka w klapkach

Wszystko pakowaliśmy nocą:

Picie, apteczkę z pomocą,

Suchy prowiant, coś na głowę,

Telefony komórkowe,

Plastry i jałową watkę

I do okularów szmatkę,

Placek mamy ze śliwkami,

wszystko mamy, więc ruszamy.

           

           A tuż obok jakaś babka

           Na Tarnicę wchodzi w klapkach.

           W grzęzawisku tam w zawilcach

            Utknąłfacet w gumofilcach.

 

Cóż przyroda wokół dzika,

No więc mamy przewodnika.

Ma być bezpiecznie i ślicznie,

Nakręcamy się lirycznie.

Nie schodzimy więc ze szlaku,

Spożywamy na biwaku,

Podziwiamy gór tych cuda

I chłoniemy co się uda.

 

 Za zakrętem koło brzózek

rodzina pcha z dzieckiem wózek.

„Szczęść Wam Boże” ktoś nas wita

- setka zakonnic w habitach.

           

Wyruszamy świt już blisko,

Srebrzy rosą wrzosowisko.

Przez sen potok gada cicho,

W gąszczach się schowało licho.

Ćmy zasnęły, bo za chwilę

Będą budzić się motyle.

No więc wyruszamy w góry,

Prężną stopą deptać chmury.

 

           A tuż obok jakaś babka

           Na Tarnicę wchodzi w klapkach.

           W grzęzawisku tam w zawilcach

          Utknąłfacet w gumofilcach.

 

Za zakrętem koło brzózek

rodzina pcha z dzieckiem wózek.

„Szczęść Wam Boże” ktoś nas wita

- setka zakonnic w habitach.

 

          Wyżej babcie dwie samotnie

           Na górę niosą paralotnie.

           Kuriozum szczęka opada

           - tak wędruje lud w Bieszczadach.




Lato ucieka


Wróciłeśdo domu zmęczony,

bo znowu gorąco jest dziś.

Na trawie, przed twoim balkonem

znalazłeś żółty liść.

Czekamy na ciebie z muzyką,

chodź szybciej, bo porwie ją wiatr.

Przed nami kolory i ścieżki,

za nami piosenki ślad.

     

I już wiesz, że to lato ucieka

i jakby ci czegoś żal,

        pakujesz swój stary plecak

i ruszasz przed siebie w świat.


Chodzimy z piosenką przez życie,

śpiewamy ją tu i tam.

I wcale nie widać w pośpiechu,

że znów nam przybyło lat.


Znów jesień nas w górach zastanie,

ten sam, ale pusty szlak,

i blues gdzieś w schronisku nad ranem,

i pierwszy zimy znak.

     

I już wiesz, że... 


Majster Bieda


Skąd przychodził kto goznał           

Kto mu rękę podał kiedy               

Nad rowem siadał wyjmował chleb   

Sercem przekładał i dzielił się z psem 

Tyle wszystkiego co z sobą miał       

Majster Bieda

                                 

Czapkę z głowy ściągał gdy

Wiatr gałęzie chylił drzewom

Śmiał się do słońca i śpiewał do gwiazd

drogę bez końca co przed nim szła

Znał jak pięć palców jak szeląg zły

Majster Bieda


Nikt nie pytał skąd się wziął

Gdy do ognia się przysiadał

Wtulał się w krąg ciepła jak kożuch

Znużony drogą wędrowiec boży

Zasypiał długo gapiąc się w noc

Majster Bieda


Aż nastąpił taki rok

Smutny rok tak widać trzeba

Nie przyszedł Bieda zieloną wiosną

Miejsce gdzie siadał zielskiem zarosło

I choć nie jeden wytężał wzrok

Choć lato pustym gościńcem przyszło

Z rudymi liśćmi jesieni schedą

Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość

Majster Bieda




Sielanka o Domu   


A jeśli dom będę miał,

to będzie bukowy koniecznie,

pachnący i słoneczny.

Wieczorem usiądę, wiatr gra,

a zegar na ścianie gwarzy.

Dobrze się idzie panie zegarze,

tik-tak, tik-tak, tik-tak.


Świeca skwierczy i mruga przewrotnie,

więc puszczam oko do niej,
dobry humor dziś pani ma,
dobry humor dziś pani ma.

 

Szukam, szukania mi trzeba

domu gitarą i piórem.

A góry nade mną jak niebo,

a niebo nade mną jak góry.


Gdy głosy usłyszę u drzwi,

czyjekolwiek, wejdźcie - poproszę.

Jestem zbieraczem głosów.

Mój dom bardzo lubi gdy

śmiech ściany mu rozjaśnia

i gędźby lubi pieśni.

Wpadnijcie na parę chwil,

kiedy los was zawiedzie w te strony,

bo dom mój otworem stoi

dla takich jak my,

dla takich jak my.


Zaproszę dzień i noc,

zaproszę cztery wiatry,

dla wszystkich drzwi otwarte.

Ktoś poda pierwszy ton,

zagramy na góry koncert,

buków porą pachnącą

nasiąkną ściany grą.

A wdzięcznym wędrownikom

odpocząć pozwolą muzyką,

bo taki będzie mój dom,

bo taki będzie mój dom


Ukraina


Hej, tam gdzieś znad czarnej wody 

Siada na koń kozakmłody,             

Czule żegna się z dziewczyną,       

Jeszcze czulej z Ukrainą.             


Hej, hej, hej,sokoły,                   

Omijajcie góry, lasy,doły,           
Dzwoń, dzwoń, dzwoń dzwoneczku,
Mój stepowyskowroneczku.           


Pięknych dziewcząt jest nie mało,

Lecz najwięcej w Ukrainie.

Tam me serce pozostało

Przy kochanej mej dziewczynie.

Ona jedna tam została

Jaskółeczka moja, moja mała,

A ja tutaj w obcej stronie

Dniem i nocą tęsknię do niej.


Żal, żal za dziewczyną,

Za zieloną Ukrainą.

Żal, żal, serce płacze,

Już jej więcej nie zobaczę.


Wina, wina, wina dajcie,

A jak umrę - pochowajcie

Na zielonej Ukrainie

Przy kochanej mej dziewczynie.



Kreator www - przetestuj za darmo