Tomasz Banach - Turystyka, pasja, przygoda
Wspomnienia, relacje, fotki z moich wojaży turystycznych

Rok 2013

Rajd Dolinami Wieprza i Bystrzycy – 16 lutego 2013

Trasa: Zawieprzyce - Kolonia Charlęż - Bystrzyca - Łuszczów Pierwszy
Długość trasy wedłóg GPS-u: ok. 13 km
     Dzisiejszej nocy spadł delikatny śnieg, a powstały pod nim lód sprawił, że zrobiła się totalna szklanka. Kiedy szedłem na Dworzec Transperdu, gdzie została wyznaczona zbiórka przed dzisiejszym rajdem, kilkakrotnie przejechałem się na moich, w końcu trekingowych butach. Warunki do wędrówki zapowiadały się ciekawie.
    Kiedy zebrali się wszyscy uczestnicy dzisiejszego wyjścia, załadowaliśmy się do busa, którym pojechaliśmy do Zawieprzyc. Zawieprzyce to wieś w powiecie lubartowskim, na wysokim brzegu Wieprza. Znajdują się tutaj częściowo zachowane założenia zamkowe z XVII wieku, z pozostającym w ruinie zamkiem Miączyńskich, barokową
kaplicą, lamusem, bramą wjazdową, obeliskiem zwieńczonym krzyżem greckim. Można zobaczyć również oficynę dworską przebudowaną na szkołę, a w parku z bogatym drzewostanem znajduje się zabytkowa aleja lipowa.
    Po wyjściu z busa przeszliśmy pod obelisk wzniesiony przy drodze prowadzącej do bramy pałacowej. Tutaj zatrzymaliśmy się na chwilę. Figura, zapewne z XVII wieku, ustawiona jest na dość wysokim kopcu, możliwe że mogile. Na cokole stoi wysmukła kolumna zwieńczona żelaznym greckim krzyżem.
    Dalej udaliśmy się pod niewielkie wzniesienie, gdzie przeszliśmy przez parawanową, barokową bramę z przełomu XVII i XVIII wieku prowadzącą do pałacowego parku. Tutaj spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem po zawieprzyckich włościach. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ruin pałacu. Zamek w Zawieprzycach został zbudowany w XVI wieku jako obiekt obronny przez Zawieprzyckich herbu Janina. W 1599 roku Fryderyk Zawieprzycki sprzedał go wraz z Zawieprzycami Adanktowi Ciecierskiemu. W 1611 nowym właścicielem jest Jan Firlej. W 1622 roku Zawieprzyce zostały wydzierżawione przez Firleja Ciecierskiemu. W 1662 roku Anna z Noskowskich Firlejowi, sprzedaje Zawieprzyce J. Gorajskiemu. W 1671 zamek kupuje Atanazy Miączyński herbu Suchekomnaty. Za jego panowania zamek został przekształcony w pałac magnacki pod nadzorem Tylmana z Gameren – nadwornego architekta króla Jana III Sobieskiego. W 1794 roku Aleksander Morski kupuje Zawieprzyce, by następnie w 1818 roku sprzedać ją Antoniemu Ostrowskiemu. Rodzina Ostrowskich pozostaje właścicielami posiadłości, aż do połowy lat 40-stych XX wieku. W 1838 roku pożar trawi budowlę, pozostawiając jedynie szkielet konstrukcji. Zamek popada w ruinę. Pod zamkiem i w jego okolicach rozciągają się liczne lochy, kryjące zapewne jeszcze nie jedną tajemnicę, związaną z historią tych terenów.
      Z zamkiem i wyżej opisywaną figurą łączy się legenda o okrutnym kasztelanie lubelskim Janie Gnatowskim, który z wyprawy pod Wiedeń przywiózł odebraną Turkom młodą parę książęcą Włochów, a może Greków. Traktował ich jak niewolników. Dziewczyna zakochana w swoim chłopcu, nie przyjęła zalotów kasztelana, który uwięził ją za to w zamkowej wierzy, a młodzieńca zmusił do wykonywania ciężkich prac. Ktoś ze służby ulitował się nad młodymi i pomógł w ucieczce przez Wieprz. Zostali jednak zdradzeni. Uciekinierów ujęto, a rozwścieczony Gnatowski kazał ich żywcem zamurować. I odtąd duchy zmarłych zaczęły ukazywać się w zamku. Dręczony wyrzutami sumienia dziedzic wyjechał do Włoch i zamknął się w klasztorze. Na pamiątkę tamtych wydarzeń mieszkańcy Zawieprzyc postawili ową kolumnę. A duchy ponoć nadal ukazują się w ruinach.
    Zamek położony jest na malowniczej skarpie z przepięknym widokiem na dolinę Wieprza, który poniżej skarpy wije się licznymi meandrami. Z ruin zamkowych poszliśmy do Kaplicy Pałacowej pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego. Jest to barokowo – klasycystyczna budowla z końca XVII wieku zaprojektowana podobnie jak zamek przez Tylmana z Gameren na planie ośmiokąta. Wewnątrz znajdują się zabytkowe freski wzorowane na klasztorze oo. Dominikanów w Lublinie. W latach 1723 – 48 w kaplicy powstała polichromia „Sąd Ostateczny” ufundowana przez Piotra i Antoninę Miączyńskich. Obecnie jest tu filia parafii w Kijanach. Kaplica zrobiła na mnie ogromne wrażenie, naprawdę warta zobaczenia. Przed kaplicą wyłaniał nam się ze śniegu niziutki murek – pozostałość dawnych ogrodów wzorowanych na wilanowskich. Całość parku otoczona jest wysokim murem z arkadami. W parku wyraźnie zaznacza się zabytkowa aleja lipowa. To tutaj pod jedną z tych lip odpoczywał król Jan III Sobieski, który był przyjacielem Atanazego Miączyńskiego i bywał w zawieprzyckim pałacu. Na skraju parku widzimy ruiny oranżerii z I połowy XIX wieku. Była to klasycystyczna budowla z kolumnowym partykiem.
    Z kaplicy przeszliśmy do miejscowego lamusa, gdzie przy żarzącym się kominku rozgrzewaliśmy nieco zmarznięte członki, słuchając opowieści przewodnika o dziejach tych ziem. Lamus to budowla z I połowy XVII wieku, zapewne dawniej pełniła role dworu z czasów przed budową pałacu. Wewnątrz można zaobserwować sklepienia kolebkowe z lunetami i kolebkowo – krzyżowe. Obecnie w lamusie znajduje się muzeum regionalne z wieloma ciekawymi i unikatowymi eksponatami, z różnych okresów historycznych, od tych bardzo dawnych, po te prawie nam współczesne. Muzeum szczególnie polecam, gdyż zrobiło ono na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
    Ciekawostką jest, że do Zawieprzyc, na wakacje przyjeżdżała jako nastolatka późniejsza noblista Maria Curie – Skłodowska. Znajdował się tutaj, rozebrany w połowie lat 70-tych XX wieku dworek Skłodowskich. Został on zbudowany w końcu XVIII w. jako budynek zarządcy, zamieszkiwany był m.in. przez Ksawerego Skłodowskiego – stryjecznego dziadka Marii). Rodzinny grobowiec Skłodowskich znajduje się na cmentarzu parafialnym w niedalekich Kijanach. W czasie powstania styczniowego mieścił się tu szpital.
    Kończąc zwiedzanie zawieprzyckich zabytków wyszliśmy przez tę samą zabytkową bramę. Warto także wspomnieć, że po lewej stronie wychodząc z parku minęliśmy barokową oficynę, której budowę ukończono w 1748 roku. Teraz skierowaliśmy się do miejscowego sklepu gdzie zrobiliśmy zakupy – wsad do przeznaczonego na dzisiejsze ognisko kociołka. Od sklepu przeszliśmy mostem na drugą stronę Wieprza.
    Zaraz za mostem skręciliśmy w lewo, przekraczając niewielki strumyczek rozpoczęliśmy wędrówkę w górę rzeki. Po lewej stronie, zza bezlistnych drzew bardzo wyraźnie malowała się sylwetka ruin zawieprzyckich. Nadrzeczne drzewa, pokaleczone działalnością bobrów, w wielu miejscach tworzyły zapory rzeczne. Przez łąki przeleciała, długimi susami samotna sarenka. Ziemia gęsto usiana była świeżymi, na rytymi przez krety kopcami. Szliśmy więc przy brzegu intensywnie meandrującego Wieprza do miejsca, w którym swoje ujście ma Bystrzyca.
    Tutaj skręciliśmy ostrzej w prawo, by teraz wędrować doliną Bystrzycy. Dwa lata temu wędrowałem żółtym szlakiem Doliną Bystrzycy na odcinku Zalew Zemborzycki – Strzyżewice, więc przejście tego odcinka mogę traktować jako swoistą kontynuację tamtych wędrówek.
      Szeroką doliną Bystrzycy, po przejściu pod mostem na drodze do Spiczyna, wędrowaliśmy w kierunku wsi Kolonia Charlęż robiąc jedynie krótki odpoczynek na drugie śniadanie w plenerze. Pogoda była pochmurna lecz na szczęście bez opadów. Miejscami musieliśmy przeskakiwać przez niezbyt szerokie, wypełnione wodą rowy melioracyjne i trawersować stromymi zboczami doliny.
    Kiedy dotarliśmy w okolice wsi Bystrzyca  odbiliśmy nieco w prawo w kierunku miejscowego pałacu. Tutaj na łące
rozpaliliśmy ognisko, na którym bulgotał przygotowany przez nas rajdowy  kociołek, drażniący nozdrza przyjemnym zapachem gotującej się strawy. Humory  nam dopisywały. Kiedy napełniliśmy brzuszki ciepłym jedzonkiem wyruszyliśmy w  dalszą drogę w kierunku klasycystycznego pałacu z 1791 roku i okalającego go  parku. Pałac wzorowany jest na tym jaki możemy podziwiać w Lubartowie. Samego  pałacu nie udało nam się zwiedzić, gdyż znajduje się tam obecnie ośrodek pomocy społecznej. Pozostało nam jedynie podziwiać go z za ogrodzenia. Przeszliśmy teraz pod barokowy kościół parafialny wybudowany w latach 1709 – 21, ogrodzony murem z bramą wejściową. W kościele znajduje się cenne wyposażenie, którego jednak nie udało nam się obejrzeć, gdyż świątynia była zamknięta. Przy kościele znajduje się stary cmentarz z zabytkowymi nagrobkami właścicieli okolicznych miejscowości. Nieopodal możemy zobaczyć starą, zabytkową plebanię.
    Od kościoła wróciliśmy do centrum miejscowości, by następnie udać się w kierunku wsi Łuszczów Pierwszy. Po drodze przekroczyliśmy most na rzece Bystrzycy. Kiedy doszliśmy do Łuszczowa pozostało nam tylko chwilę poczekać na busa, którym wyruszyliśmy w drogę powrotną do Lublina.
    Do Zawieprzyc i w doliny rzek Wieprza i Bystrzycy mam zamiar wrócić ponownie wiosną lub latem, gdyż pragnę zgłębić wiedzę o tym terenie leżącym na tak bliskim mojemu sercu „Szlaku Jana III Sobieskiego”. Polecam wędrówkę po tych terenach i do zobaczenia na pieszych trasach Lubelszczyzny.

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA z wędrówki dolinami Wiepza i Bystrzycy
Zobacz także: MAPĘ TRASY

Zimowa wędrówka z Zemborzyc Kościelnych do Lublina - 14 lutego 2013

Trasa: Zemborzyce Podlesne - Zemborzyce Kościelne - Stary Las - Rezerwat "Stasin" - Lublin (os. Poręba)
Długość trasy wedłóg GPS-u: ok. 9 km
    To był krótki spacerek w lutowy dzionek. Rozpoczęliśmy go przejściem na przystanek MPK przy ul. Nadbystrzyckiej. Stamtąd autobusem nr 8 przejechaliśmy do Zemborzyc Kościelnych, skąd rozpoczęliśmy wędrówkę asfaltową drogą w kierunku Zemborzyc Podleśnych. Odcinek ten nie jest zbyt ciekawy krajobrazowo. Po przejściu przez tory szliśmy wzdłuż ogrodzenia cmentarza parafialnego w
kierunku zachodnim. Po przejściu ok. 1,7 km przy przydrożnym krzyżu skręciliśmy w prawo.
    Szliśmy teraz w kierunku lasu Stary Gaj. Po 1,2 km skończyła się asfaltowa ulica biegnąca, wśród w większości nowo wybudowanych domów Zemborzyc Podleśnych. Tutaj zatrzymaliśmy się na chwilę postoju, by po upajać się widokiem zaśnieżonego, zimowego krajobrazu okolic Lublina. Na śniegu widać było liczne ślady saren. Niestety żywe okazy pochowały się przed naszymi oczami.
     Na kolejnym rozstaju dróg skręciliśmy w lewo by dojść do skraju lasu. Nagle, gdzieś ze swojej leśnej kryjówki wyskoczył przyczajony zając i szybkimi szusami przeskoczył przez pola znikając w leśnych zaroślach. Udało mi się na szczęście uwiecznić, go na kilku niezbyt udanych zdjęciach.
    Teraz trasa naszej wędrówki przebiegała wzdłuż granicy Starego Lasu, ciekawą krajobrazowo głęboką, wyżłobioną w lessowym podłożu drogą. W lessowych ścianach mnóstwo było jam wydrążonych przez leśne zwierzaki. Niestety żaden nie chciał pozować mi do zdjęcia. Na skraju lasu, praktycznie pod każdym dębem można było zaobserwować świeże ślady, żerowania dzików, których przysmakiem są wygrzebywane spod śniegu żołędzie.
     Tak maszerując doszliśmy do rogu lasu. Nad polami dumnie szybował jastrząb w poszukiwaniu łupów na dzisiejszy obiad. My także postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę i zregenerować siły, oraz rozgrzać się łykiem gorącej herbatki z termosu. Po odpoczynku poszliśmy dalej wzdłuż krawędzi lasu, by po kilkuset metrach skręcić w leśną drogę. Śnieg w leśnych ostępach był dosyć głęboki, a ścieżki w większości nieprzetarte. Gdzieniegdzie tylko można było spotkać ślady zwierzyny i… nart biegowych, jak i spotkać, samych nielicznych miłośników narciarstwa.
    Szliśmy teraz w kierunku Rezerwatu „Stasin” – ostoi brzozy czarnej, której liczne okazy udało nam się zobaczyć po drodze. Na rogu rezerwatu skręciliśmy nieco bardziej w lewo zmieniając kierunek, na bardziej zbliżony do północnego. Szliśmy teraz w kierunku torów kolejowych, robiąc liczne zdjęcia leśnym krajobrazom. Kiedy doszliśmy do ścieżki leśnej biegnącej wśród torów. Droga biegła teraz przez pagórkowaty teren. Nad naszymi głowami ochoczo pracował dzięcioł, wystukując nieregularny rytm w poszukiwaniu korników.
      Przy opuszczonej budce dróżnika, przekroczyliśmy tory i wąwóz dzielący je od Os. Poręba. Tutaj zakończyliśmy dzisiejszą krótką wędrówkę, która jest przykładem, że nie trzeba wyjeżdżać daleko za miasto, by aktywnie spędzić czas na świeżym powietrzu. Wszystkich zachęcam do takiej aktywności…

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA z zimowej wędrówki po okolicach Lublia
Zobacz także: MAPĘ TRASY

Zimowa wędrówka niebieskim szlakie Doliną Ciemięgi cz. II - 8 lutego 2013

Trasa: Ciecierzyn - Baszki - Pliszczyn - Łysaków - Pliszczyn
Długość trasy wedłóg GPS-u: ok. 13 km
    Pierwszą część niebieskiego szlaku Doliną Ciemięgi przeszedłem równo miesiąc temu. Postanowiłem przejść ją zimą w całości. Niestety i dzisiejsze wyjście nie przyniosło zakończenia marszu w miejscu, gdzie kończy się szlak. Tym razem stanęło mi na przeszkodzie kilka czynników ode mnie niezależnych. Pierwszym był głęboki śnieg, miejscami bardzo trudny do przebycia, słabe oznakowanie ścieżki i budowa obwodnicy Lublina, przez, którą musiałbym się przedzierać.
    Dzisiejszą wycieczkę rozpocząłem od przejazdu MPK na Dworzec Główny PKS, gdzie przesiadłem się w busa jadącego w kierunku Lubartowa. Kiedy wysiadłem na przystanku w Ciecierzynie była godzina 7:40. Pogoda dzisiaj była wyśmienita do wędrowania. Świeżo spadły śnieg pokrywał wszystko wokół. Krajobraz był naprawdę bajeczny.
    Wyruszyłem od przystanku w kierunku odnowionego wiaduktu kolejowego na trasie Lublin – Lubartów. W tym miejscu miesiąc temu skończyłem wędrówkę. Asfaltową drogą poszedłem w kierunku miejscowości Baszki, przekraczając Ciemięgę i maszerując teraz prawym jej brzegiem. Po kilkuset metrach marszu, przez zaśnieżoną dolinę doszedłem do drewnianego mostu. Zaraz za nim po jednej i po drugiej stronie szosy znajdują się dość intensywnie pulsujące źródła. Polecam odwiedzenie źródliska zlokalizowanego po lewej stronie drogi, gdyż jest bardziej naturalne (źródło po prawej otoczone jest betonową cembrowiną) i łatwiej dostępne. Ośnieżone brzegi rzeki wyginają się w tym miejscu w różne strony.
    Kiedy nacieszyłem się widokiem tryskającego zdroju wróciłem na asfalt, którym powędrowałem wspinając się pod dość strome zbocze doliny Ciemięgi. Tutaj zaczyna się miejscowość Baszki. Tutaj na wzniesieniu po prawej stronie mijamy przydrożna kapliczkę pochodzącą najprawdopodobniej z przełomu XIX i XX wieku. Zatrzymałem się na chwile, by „pyknąć” kilka fotek.
    Dalej szedłem asfaltem. Droga skręcała w tym miejscu w lewo, by dalej piąć się w górę. To chyba najwyższe miejsce na dzisiejszej trasie. Z wzniesienia rozciągał się szeroki widok na położone o kilka kilometrów stąd gospodarstwo szklarniowe w Leonowie, pobliskie miejscowości i pola. Kiedy doszedłem do nowo wybudowanej kapliczki stojącej na rozstaju dróg skręciłem w prawo. Droga w tym miejscu z asfaltowej przechodziła w szutrową. Minąłem ostatnie zabudowania w Baszkach.
     Kilkanaście metrów dalej zobaczyłem na bielutkim śniegu stado saren. Spokojnie grzebały w śniegu w poszukiwaniu pożywienia. Były jednak zbyt daleko, bym mógł zrobić im zdjęcie. Po raz kolejny żałowałem, że nie mam teleobiektywu. Postanowiłem jednak zaryzykować i spróbować podejść bliżej. Brnąc po kolana w śniegu, powolnymi krokami zacząłem zbliżać się do stada, robiąc zdjęcia, gdyż każde mogło być ostatnim. Udało mi się dojść całkiem blisko. Stado liczyło 15 sztuk. Zwierzaki, mimo moich starań, wyczuły moją obecność i zaczęły się oddalać w kierunku gęstych zarośli, niedalekiej plantacji wierzby energetycznej. Dawno nie spotkałem na swojej drodze tak licznego stada. Brnąc w śniegu doszedłem z powrotem do drogi, którą szedłem poprzednio. W butach miałem trochę mokro, bo nasypało mi się do nich śniegu.
    Po przejściu kilkunastu metrów doszedłem do wylotu wąwozu o nazwie „Jar Wykop”. W tym miejscu ponownie wróciłem na asfalt. Schodząc w dół, pięknie ośnieżonym wąwozem, postanowiłem skręcić na chwilę ze szlaku do miejsca, gdzie latem na rajdzie robiliśmy ognisko. Dzisiaj o ognisku nie było mowy, gdyż głęboki śnieg i brak towarzystwa nie zachęcał do siedzenia przy „watrze”. Zjadłem więc suchy prowiant jaki zabrany ze sobą. Odpocząłem chwile wpatrując się w zimowy krajobraz. Urzekały mnie ośnieżone gałęzie drzew. Po niedalekim polu przemknął lis.
    Po odpoczynku wyruszyłem w dalszą drogę, schodząc w dół do Pliszczyna. Tutaj odwiedziłem obowiązkowe dla mnie miejsce, czyli sztuczny wodospad na Ciemiędze. Po chwili wpatrywania się w zburzoną toń rzeki poszedłem w kierunku dworu, obecnie jest to siedziba Zgromadzenia Księży Sercanów. Drogą przy nowym kościele poszedłem na zamarznięte rozlewiska na miejscowych łąkach. Piękny widok sprowokował mnie do zrobienia kilku zdjęć.
    Po wykonaniu foteczek wróciłem na niebieski szlak, którym powędrowałem w kierunku miejscowości Łysaków. Kręta asfaltowa droga prowadzi tutaj doliną Ciemięgi. Po lewej stronie mijam wysokie stoki jej doliny. Krajobraz prawie górski. Pod sklepem w Łysakowie skręcam w prawo, by szutrową drogą wspinać się pod górę na skraj doliny. W dole, na rzecznych rozlewiskach, skrzą się połacie lodu powstałego z roztopionego w ubiegłym tygodniu śniegu.
    Na górce zatrzymuję się na chwilę przy przydrożnym krzyżu. Po chwili odpoczynku dochodzę do miejsca, w którym szlak biegnie przez zaśnieżone pola. I tutaj totalna porażka, głęboki śnieg i całkowity brak oznakowań na szlaku zmuszają mnie, po przejściu kilkudziesięciu metrów do zawrócenia. Nie chcę ryzykować błądzenia po polach. Po raz kolejny nie udaje mi się dokończyć zimą szlaku „Doliną Ciemięgi”. To już chyba jakieś fatum. Może jeszcze tej zimy uda mi się powrócić na ten odcinek, kiedy warunki będą bardziej sprzyjające do wędrowania i w końcu dotrę do Jakubowic Murowanych, gdzie przy pałacu miałem zamiar zakończyć moją wędrówkę.
    Wracam inną drogą do Pliszczyna. Po drodze zatrzymuję się jeszcze w malowniczym wąwozie, gdzie posilam się zabranymi ze sobą kanapkami. Droga w Pliszczynie wychodzi poniżej cmentarza parafialnego. Stąd już mam niedaleko do przystanku MPK, z którego odjeżdżam do Lublina. Wysiadam na ulicy Mełgiewskiej, gdzie w Restauracji Zaścianek zjadam gorące flaczki. Czuję się zadziwiająco zmęczony dzisiejszym marszem. Będę musiał spróbować jeszcze raz. Tylko czy następnym razem uda mi się dokończyć szlak? Jestem pełen nadziei, że tak.

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA z wędrówki Niebieskim szlakiem „Dolną Ciemięgi”
Zobacz także: MAPĘ TRASY

"Rajd w nieznane" po nałęczowskich wąwozach - 2 lutego 2013

Trasa: Łopatki - Górczyńskie - Chruszczów Kolonia - Nałęczów
Długość trasy wedłóg GPS-u: ok. 15 km
    To już drugi w tym roku „Rajd w nieznane”. Obiecałem sobie wziąć udział we wszystkich w tym roku rajdach organizowanych przez „Niezależnych”. Na razieudaje mi się zgrywać terminy. Nie zawsze jest to łatwe. Tym razem także
wyszedłem na rajd prosto z 24 godzinnej służby. Byłem przez to trochę zmęczony, ale pełen zapału do wędrowania.
    O 6:15 wsiadłem do autobusu nr 17, którym przejechałem na dworzec PKP. Miałem jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem zjeść śniadanie w przydworcowym barze. Kiedy wróciłem na dworzec spotkałem prezesa „Niezależnych” Jurka Frąka, który powiedział mi, że godzina odjazdu przesunęła się o 20 min. Stopniowo zbierali się uczestnicy rajdu. Zakupiłem bilet do Puław, chociaż mamy zamiar rozpocząć wędrowanie w Łopatkach. Okazuje się, że czasami taniej jest wykupić bilet na dłuższą trasę, by zapłacić mniej. Polityka naszych kolei jest co najmniej dziwna w tym temacie.
    O 7:45 wyruszyliśmy w trwającą 35 minut podróż pociągiem. Na stacji w Nałęczowie dołączyli do nas członkowie Grupy Rajdowej „Krwinka” z Poniatowej. Wysiedliśmy na stacji w Łopatkach. Tutaj dołączyły do nas dzieciaki ze szkolnego koła turystycznego. W ten sposób uzbierała nas się całkiem liczna grupa. Po przejściu na drugą stronę torów, zatrzymaliśmy się przed miejscowym sklepem, by poczynić ostatnie zakupy. Tłok w małym sklepie zrobiliśmy niebywały i kolejkę jak za czasów socjalizmu. Po szybkich zakupach ruszyliśmy na rajdowy szlak. Pogoda dzisiaj nie sprzyjała wędrowaniu. Padał uciążliwy deszcz, a pod nogami roztapiał się mokry śnieg, tworząc „ciapowatą breję”.
     Początkowo maszerowaliśmy asfaltem, by po przejściu kilkuset metrów skręcić w lewo, na strome, prowizoryczne schodki prowadzące w głąb wąwozu. Pod nogami było bardzo ślisko, co niektórzy odczuli na własnych tyłkach. Na dnie wąwozu było na szczęście jeszcze dość dużo śniegu. W wąwozie przekroczyliśmy pierwszy podczas dzisiejszego spaceru strumyk. Kiedy wyszliśmy na górę z wąwozu, „odwiedziliśmy” starą, opuszczoną chałupę. Skręciliśmy w prawo by wejść do następnego wąwozu. Było ich na naszej dzisiejszej trasie kilkanaście.
    Po wyjściu z wąwozu, pod przydrożnym krzyżem, zrobiliśmy pamiątkowe, grupowe zdjęcie. Wyruszyliśmy dalej. Początkowo szliśmy przez pokryte topniejącym śniegiem pola, by następnie wejść do głębokiego wąwozu. Strome i wysokie zbocza przypominały mi Wąwóz św. Jadwigi w Sandomierzu. Maszerowałem na końcu grupy, by spokojnie oddać się mojej pasji, czyli fotografii. Po drodze spotkaliśmy rosnące na drzewie grzyby. Jak się okazało jadalne! Na dnie wąwozu zrobiliśmy krótki odpoczynek. Czekał nas najtrudniejszy podczas dzisiejszego rajdu odcinek.
    Kiedy chwilę odetchnęliśmy ruszyliśmy w dalsza drogę. Przeszliśmy przez strumień, by teraz kluczyć miedzy drzewami idąc wzdłuż płynącego dołem wąwozu strumyka. Podczas kolejnego pokonywania potoku jeden z chłopców uczestniczących w rajdzie zostawił w nim niezwiązanego buta. Trzeba było podjąć akcję wyłowienia go. Teraz musiał wędrować w mokrym bucie, odwrotu nie było. Taką karę płaci się za brak nawyku wiązania obuwia. Po przejściu strumienia trawersowaliśmy po stromym zboczu wąwozu, gdyż na jego spodzie płynął strumień, który zamienił się w szerokie rozlewisko, zasilany wodą z topniejącego śniegu. Było ciężko. Trzeba było chwytać się mokrych drzew, lub włączać napęd na cztery kończyny. Daliśmy jednak radę. Kiedy zeszliśmy w dół wąwozu, wpadłem nogą do strumienia. Na szczęście szybko z niej wyskoczyłem i nie zdążyło mi się nalać lodowatej wody do buta. Deszcz nadal siąpił.
    Szukaliśmy odpowiedniej drogi, by dojść do asfaltowej drogi. Weszliśmy w kolejny głęboki wąwóz. Tutaj na szczęście trawers po zboczach nie był konieczny i szliśmy dnem wąwozu. Kolejny krótki odpoczynek na wypicie czegoś rozgrzewającego i ruszamy w dalszą drogę. Kiedy wyszliśmy z lessowego jaru, kluczyliśmy między gęstymi drzewami zagajnika, by następnie maszerować przez pola. Mokry śnieg i rozmiękająca ziemia znacznie utrudniały wędrówkę. W niektórych miejscach na polu utworzyły się rozległe rozlewiska.
    Kiedy doszliśmy do szosy skręciliśmy w lewo. Po przejściu kilkudziesięciu metrów przekroczyliśmy torowisko Nałęczowskiej Wąskotorowej Kolejki Dojazdowej. Niestety Chyba nie używane, bo dosyć zarośnięte. Zaraz po przejściu torowiska skręciliśmy w prawo by wejść do kolejnego wąwozu. Przestałem liczyć, który to już dzisiaj wąwóz, ale każdy jest inny, cudowny i piękny.
    Po wyjściu z wąwozu maszerowaliśmy polną drogą, by osiągnąć stromiznę następnego jaru. Tym razem pokonaliśmy krótki odcinek wąwozowy, by następnie skręcić w prawo. Po przejściu przez opuszczoną posesję (na której stała wiejska studnia), doszliśmy do szosy. Po skręceniu w lewo weszliśmy na teren miejscowości Chruszczów – Kolonia. Teraz szliśmy po asfalcie. Jak zwykle wlokłem się na końcu rozmawiając z prezesem „Niezależnych” Jurkiem. Na zakręcie przed mostem na strumieniu minęliśmy przydrożną kapliczkę
    Zaraz za mostem, idąc wzdłuż potoku dotarliśmy do miejsca, w którym zaplanowane było rajdowe ognisko. Rozpalało się dość ciężko, gdyż mokre gałęzie nie chciało się palić. Jednak dla wytrawnych turystów nie ma rzeczy niemożliwych i udało nam się rozpalić ogień. Nie zabrakło oczywiście pieczonych kiełbasek. Ja tym razem zaaplikowałem sobie porządny kawałek pieczonego boczku. Ognisko nieco rozgrzało nasze przemarznięte ręce. Deszcz nadal siąpił.
     Gdy ugasiliśmy ogień wyruszyliśmy dalej, początkowo polną drogą, a następnie „betonówką”, która zaprowadziła nas do Nałęczowa. Teraz szliśmy już ulicami uzdrowiskowego kurortu. Schodząc w dół minęliśmy wille „Starówka”. Kiedy doszliśmy do przelotowej ulicy skręciliśmy w lewo udając się w kierunku parku zdrojowego. Przez ośnieżony park przeszliśmy do centrum Nałęczowa. O Nałęczowie nie będę się tutaj rozpisywał, bo jest to tak znana miejscowość uzdrowiskowo – wypoczynkowa i tak wiele o niej już pisali wielcy pisarze, że opis sporządzony przez moją skromną osobę niewiele wniósłby do bogatej literatury charakteryzującej to cudowne miejsce.
    W Nałęczowie postanowiliśmy pójść na pizze do miejscowej knajpki. Okazało się to świetnym pomysłem. Po pierwsze pizza była świetna, a po drugie w lokalu buchał przyjemny żar z kominka, który pozwolił nam się ogrzać i wysuszyć przemoczoną odzież. Atmosfera turystycznego spotkania była świetna. Najedzeni i wysuszeni wyruszyliśmy odwiedzić ostatni punkt naszej dzisiejszej wędrówki, czyli cmentarz przy kościele św. Jana Chrzciciela, gdzie w 150 rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego złożyliśmy hołd poległym w walce z wojskami rosyjskimi powstańcom, których mogiła znajduje się na miejscowym cmentarzu. Na dworze zrobiło się ciemno.
     Z cmentarza poszliśmy na przystanek busów. Na szczęście stał już mikrobus, którym wróciliśmy do Lublina. Dziękuję organizatorom i uczestnikom, za wspaniałą wędrówkę i atmosferę na rajdzie. Teraz pozostają tylko wspomnienia i oczekiwanie na następne wyjście w teren. Postaram się jeszcze w tym roku odwiedzić nałęczowskie wąwozy wiosną, kiedy wszystko rozkwita, a stoki pokrywają się bujną roślinnością. Do zobaczenia na następnym szlaku…

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA z „Rajdu w nieznane” po nałęczowskich wąwozach 
Zobacz także: MAPĘ TRASY

Wędrówka po Lasach Kozłowieckich - 19 stycznia 2013

Trasa: Kopanina - Rezerwat "Kozie Góry" - Krzyż Powstańczy - Kopanina
Długość trasy: ok. 16 km
    Pogoda była mało sprzyjająca do wędrowania. Od kilku dni powróciła do nas tęga zima, padał gesty śnieg i było dość mroźno. Zbiórka „rajdowiczów” była na godzinę 8-smą na Dworcu Głównym PKS, skąd wyruszyli na szlak po Lasach Kozłowieckich. Ja z przyczyn osobistych nie dotarłem na miejsce zbiórki o wyznaczonej godzinie. Nie wiedziałem co mam robić. Miałem dość duże opóźnienie i dogonienie grupy w takich warunkach wydawało się mało prawdopodobne. Postanowiłem jednak zaryzykować. Zadzwoniłem do Heleny, która dała mi do telefonu Marysię. Marysia określiła mi szczegółowo ich pozycję i przebytą trasę. Faktycznie byli już dość daleko. Wsiadłem do pierwszego busa jadącego w stronę Lubartowa jaki spotkałem na lubelskim dworcu. Okazało się na moje nieszczęście, że nie zatrzymuje się on w Kopaninie, gdzie zaczęła swoją wędrówkę, a nieco dalej w Kolonii Wandzin. Nie miałem wyjścia, musiałem zaryzykować i zacząć wędrówkę stamtąd.
    Wysiadłem na przystanku w całkowicie nieznanym terenie. Na szczęście miałem dość dobrą mapę, kompas i wiele samozaparcia, by rozpocząć samotną wędrówkę po zimowym lesie. Śnieg padał intensywnie, mróz szczypał w uszy. Początkowo maszerowałem po asfaltowej drodze w kierunku linii kolejowej Lublin – Łuków, którą przekroczyłem przechodząc przez przejście w nasypie. Tuż za torami, przy przydrożnym krzyżu skręciłem w lewo w polną drogę w kierunku lasu. Kiedy minąłem zabudowania znajdujące się przy tej drodze okazało się, że trudno rozróżnić którędy biegnie droga, a gdzie jest pole, bo pokrywa śnieżna prawie całkowicie zatarła różnice. Poszedłem więc na przełaj w kierunku lasu. Nie liczyłem zbytnio na natrafienie na ślady grupy w tych okolicach, wiec postanowiłem przejść pod leśniczówkę w Kopaninie, skąd oni zaczynali swój marsz.
    Wędrowałem teraz lasem. Nie udeptany śnieg sięgał mi do połowy łydek. Szło się bardzo ciężko, ale zawsze do przodu. Kiedy znalazłem się przy leśniczówce, okazało się, że ślady są, ale po pierwsze pytanie czyje, a po drugie mocno już przysypane śniegiem. Postanowiłem pójść początkowo główną asfaltową drogą, by skręcić z niej następnie w prawo na ścieżkę dydaktyczną, gdyż spostrzegłem zasypane ślady większej grupy osób. Po kolejnej konsultacji telefonicznej z Marysią, postanowiłem iść w stronę rezerwatu leśnego „Kozie Góry”. Teren rezerwatu znałem z odbytej niespełna miesiąc wcześniej przedświątecznej wędrówce po tych okolicach. W około ani jednej żywej duszy tylko ja i las. Starałem się iść w równym, dość szybkim tępię, klucząc po leśnych ostępach, jednak „kopny” śnieg skutecznie utrudniał wędrówkę.
    Po wielu trudach udało mi się dotrzeć do rogu rezerwatu „Kozie Góry”. Po kolejnym telefonie wiedziałem już z całą pewnością, że nie uda mi się dopędzić grupy i na pewno nie zdążę na przygotowany właśnie przez nich gulasz z ogniska. Zrobiło mi się trochę smutno, ale nie miałem zamiaru się poddawać. Na miejsce spotkania z „Niezależnymi” wyznaczyliśmy krzyż przy drodze pożarowej. Po przejściu skrajem rezerwatu, skręciłem w lewo by powrócić na dobrze oznakowaną, wyżej wspomnianą drogę. Do miejsca spotkania miałem jeszcze całkiem duży odcinek do przejścia.
    Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem w niedalekich zaroślach jakieś postacie. Okazało się, że nie tylko ja błąkam się po lesie w taką pogodę. Postaciami okazali się myśliwi, którzy także wybrali się w te strony. Pozdrowiłem ich tradycyjnym „Dasz Bór” i zapytałem o grupę turystów. Mówili, że w tej okolicy nikogo nie widzieli. Porozmawialiśmy chwilę krzepiąc się kieliszeczkiem czegoś na rozgrzewkę. Po rozstaniu z myśliwymi wyruszyłem dalej.
     Kiedy dotarłem do drogi pożarowej skręciłem w prawo. Na przeciw mnie wyłonił się z za zakrętów samochód terenowy. Postanowiłem machnąć i zaczerpnąć informacji. Kiedy auto się zatrzymało okazało się, że porusza się nim pracownik leśny, który jechał od Starego Tartaku. On także nie widział żadnej grupy w tym rejonie. Popatrzył na mnie, całego ośnieżonego, z politowaniem i zapytał, czy nie mam ochoty wracać do Kopaniny. Odmówiłem, chociaż szczerze mówiąc miałem już dosyć samotnej wędrówki. Trzymała mnie przy decyzji dalszego wędrowania jedynie nadzieja spotkania przyjaciół w umówionym miejscu.
    Rozstałem się z leśnikiem, zarzuciłem plecak na plecy i wyruszyłem w kierunku miejsca spotkania. Nie mogłem się teraz poddać, kiedy zostało mi około kilometra do krzyża. Drogą pożarową szło się o wiele lepiej. Nie buchałem już po nie udeptanym śniegu, a szedłem koleinami zostawionymi przez terenówkę. Dotarłem na miejsce spotkania przed grupą. Miałem chwilkę na odpoczynek. Ledwie zdjąłem plecak i wyjąłem termos z herbatą, zobaczyłem naprzeciw siebie kilka postaci ubranych na biało. Myślałem, że to kolejni myśliwi kamuflujący się przed zwierzyną. Śnieg przestał nareszcie padać. Jakie było moje zdziwienie, gdy grupa zbliżyła się na tyle blisko bym mógł rozpoznać niemieckie hełmy, broń i wyposażenie z czasów II wojny światowej. Niemiecki oddział zwiadowczy tyle lat po wojnie? Powoli myślałem, że to padający śnieg i wypity z myśliwymi łyczek zamącił mi całkowicie w głowie. Nie znając niemieckiego, do zbliżających się powiedziałem po prostu cześć. Naszczepcie okazało się, że nie tylko doskonale mówią po polsku, ale i nie są żadnym oddziałem zwiadowczym, a grupą rekonstrukcyjną, która wybrała się na zimową wędrówkę po tych lasach. Ich także zapytałem o turystów z plecakami. Uzyskałem nareszcie zadawalającą mnie wiadomość. Grupa idzie w moim kierunku i są ok. pół kilometra stąd. Zdziwieniu nie było jednak końca. Okazało się, że w ślad za „niemiecką” grupą poruszała się grupa żołnierzy polskich, także w umundurowaniu, rynsztunku i uzbrojeniu z czasów II wojny. A więc, wybawienie było blisko. Pomyślałem sobie, że to dobrze, że to jednak nasze wojsko goni „Niemców”.
     Zaraz za „wojskiem” maszerowali równie dzielnie przyjaciele, na których czekałem. Ucieszyłem się na ich widok, bo myślałem, że w tych lasach już nigdy się nie spotkamy. Zrobiliśmy pierwszy wspólny odpoczynek, po którym ruszyliśmy drogą w kierunku miejscowości Nowy Staw. Nie doszliśmy jednak do jej zabudowań, bo zaraz po minięciu, starego, drewnianego krzyża skręciliśmy w lewo, by po przejściu kilkudziesięciu metrów dotrzeć do miejsca, które chyba mylnie oznaczono na mojej mapie jako miejsce bitwy z 1831 roku. W tym miejscu, na starym, drewnianym krzyżu ogrodzonym płotkiem, wyryto „Boże Błogosław Polskę”, a poniżej inskrypcję: „Bohaterom poległym w roku 1863”. Dowodziłoby to teorii, że na mapę wkradł się błąd i jest to kolejne już odwiedzane w tym rocznicowym roku, poświęcone bohaterom Powstania Styczniowego.
    Po chwili odpoczynku przy powstańczym krzyżu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Robiło się już dosyć późno, a i powiem szczerze zmęczenie zaczęło dawać mi się we znaki. Wędrowaliśmy „gęsiego” leśną dróżką. Najtrudniej  jako pierwszej szło się zapewne Marii, więc podziwiałem jej wytrwałość i siły. Jeszcze kiedy byliśmy w lesie zapadł zmrok. Nie było jednak ciemno, gdyż blask świeżego śniegu rozświetlał nam drogę. Robiliśmy tylko krótkie przystanki na uzupełnienie płynów. Od momentu kiedy wróciliśmy na główną drogę pożarową, szło się o wiele lepiej. Jeżdżące tamtędy samochody rozjeździły nieco śnieg, tworząc koleiny, które ułatwiały marsz. Przy wiacie, koło parkingu minęliśmy biesiadujących przy ognisku miłośników tego rodzaju spędzania czasu.
    Na 19-stkę wyszliśmy w Kopaninie, nieopodal leśniczówki. Teraz tylko bus do Lublina i odpoczynek po ciężkiej wyprawie. Łatwo powiedzieć! Przejeżdżały koło nas liczne busy i nie wiedzieć czemu nie chciały nas zabrać.\ Pozostawało czekać, lub przejść do miejscowości Niemce i tam szukać szczęścia z podwózką. Część grupy tak właśnie zrobiła. Większość jednak postanowiła cierpliwie czekać. Ja wybrałem opcję czekania, a to z dwu powodów. Po pierwsze, to miałem troszkę dość (pierwszy raz od dawna, zawsze czuję niedosyt) maszerowania na dzisiaj, a drugie to, to, że zrobił mi się odcisk w pierwszy raz założonych na wędrówkę butach. Opłacało się czekać, bo po kilku nieudanych próbach złapania transportu zatrzymał się nam prawie pusty bus. Niestety kierowca Niechciał się zatrzymać kiedy mijaliśmy grupkę, która postanowiła iść do Niemiec i z bólem serca zostawiliśmy ich w tyle, a sami wróciliśmy do Lublina. Na dworcu rozstaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę.
    Nie wiem kiedy teraz wyruszę na wędrówkę, bo w soboty pracuję i na następny rajd raczej się nie wybiorę, ale jak tylko coś się wydarzy, to na pewno Wam o tym napiszę i oprawię to moimi amatorskimi, ale wykonywanymi z sercem fotografiami. Do zobaczenia na kolejnych wędrownych szlakach.

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA z rajdu po Lasach Kozłowieckich 
Zobacz także: MAPĘ TRASY

"Rajd w nieznae" - Śladami Powstania Styczniowego - 12 stycznia 2013

Trasa: Biskupice - okolice Trawniki
Długość trasy: ok. 11 km
     To pierwszy w tym roku „Rajd w nieznane” organizowany przez Klub Turystyki Pieszej „Niezależni” działający przy OM PTTK w Lublinie. Oczywiście nie mogło mnie na nim zabraknąć. Już dzień wcześniej  poczyniłem przygotowania, przepakowałem plecak (przeważnie nawet go nie rozpakowuję, by w razie co być zawsze gotowym ruszyć w drogę) i zrobiłem niezbędne zakupy.
     W dniu rajdu wstałem o 5-tej rano, zebrałem swoje rzeczy i wyruszyłem z domu na spotkanie z historią i przyrodą. Kilka minut po 7-dmej byłem już na Dworcu Głównym PKP w Lublinie. Po kilkunastu minutach zaczęli się schodzić pierwsi uczestnicy rajdu. Po zakupieniu biletów przeszliśmy na peron, skąd pociągiem o 7:48 wyruszyliśmy do Biskupic. Pociągiem (w rozgrzanych do maksimum wagonach) jechaliśmy ok. 35 minut.
    Kiedy wysiedliśmy na stacji w Biskupicach zrobiliśmy sobie pamiątkowe, grupowe zdjęcie i wyruszyliśmy na rajd. Uzbierało się nas ponad 30 osób. Pierwszy przystanek zrobiliśmy już po kilku minutach wędrówki, tradycyjnie już pod miejscowym sklepem, gdzie poczyniliśmy ostanie zakupy. Przed sklepem także wysłuchaliśmy ciekawej prelekcji Prezesa KTP „Niezależni” Jurka Frąka na temat powstania styczniowego, jego przyczyn i przebiegu. Dzisiejszy rajd poświęcony jest 150 rocznicy wybuchu tegoż powstania. Celem naszej wędrówki jest miejsce największej bitwy powstania, która miała miejsce na polach Fajsławic. W ten szczególnysposób chcemy uczcić pamięć powstańców poległych za wolność i niepodległość naszej Ojczyzny.
    Nadszedł czas na dalszą wędrówkę. Przeszliśmy most na rzece Giełczew i zatrzymaliśmy się na chwilę przy kościele parafialnym i pomniku w Biskupicach. Kościół wybudowano w latach 1712-1727 i wielokrotnie przebudowywano nadając mu ostatecznie formę jaką możemy podziwiać obecnie. Same Biskupice należały dawniej do dóbr biskupów krakowskich i przez pewien czas miały nawet prawa miejskie i wszystkie związane z tym przywileje. Utraciły je jednak, tak samo jak wiele innych miast na Lubelszczyźnie po upadku powstania styczniowego i już nigdy ich nie odzyskały.
    Od pomnika skręciliśmy w prawo i ulicą przy remizie OSP przeszliśmy na miejscowy kirkut. Zostało na nim tylko kilka zdewastowanych macew. Żydzi z Biskupic zniknęli w czasie drugiej wojny światowej wywiezieni do obozów zagłady. Macewy zostały użyte jako podbudowa pod miejscowe drogi. Na terenie kirkutu, można wyraźnie zauważyć zarysy średniowiecznego grodziska obronnego. Nie znalazłem jednak informacji na temat dokładniejszej lokalizacji czasowej jego funkcjonowania.
    Kiedy zeszliśmy ze wzgórza cmentarnego, wróciliśmy tą samą drogą pod pomnik, by następnie skręcić w prawo. Początkowo wędrowaliśmy jedną z ulic osady w kierunku lasu. Przy ostatnich zabudowaniach miejscowości zatrzymaliśmy się przy przydrożnym krzyżu, który jak się dowiedzieliśmy od tamtejszych mieszkańców postawili w czasie wojennej nocy nieznani partyzanci. Dalej gruntowa drogą doszliśmy do niewielkiego zagajnika, wzdłuż którego maszerowaliśmy w pięknej, zimowej scenerii.
    O 10-tej na skraju lasu zrobiliśmy kilkunastominutową przerwę śniadaniową, podczas, której był czas na łyk gorącej herbatki i szybką przekąskę. Po odpoczynku wyruszyliśmy dalej, by po następnych kilkudziesięciu minutach dojść do skraju lasu. Tutaj skręciliśmy w lewo. Po polach hulał dość dokuczliwy wiatr powodujący zawieje
śnieżne. Na szczęście śniegu na polach nie było zbyt wiele i nie utrudniało to w znaczący sposób wędrówki.
    Po przejściu ok. kilometra kiedy doszliśmy do nowo wybudowanej ambonki myśliwskiej, okazało się, że nasz przewodnik, kol Marek zmylił drogę i skręciliśmy na ostatnim skrzyżowaniu zbyt wcześnie. Nie było innego wyjścia, trzeba było wracać. Nawet najlepszemu znawcy okolicy, może się zdarzyć, że zgubi trasę. Czymże byłaby wędrówka, gdyby wszystko, co się podczas niej wydarzy, dałoby się z góry przewidzieć? W końcu sama nazwa mówi, że wyruszyliśmy na „Rajd w nieznane”, więc takie niespodzianki są naturalne i czasami nawet wskazane, po to by wędrowanie nie było zbyt monotonne.
     Kiedy wróciliśmy na szlak skręciliśmy w lewo i przez śnieżne pola podążyliśmy w kierunku miejsca bitwy w okolicach Fajsławic. Przez niewielkie zaspy przemknęła sarna, zatrzymując się na chwilę i przyglądając się dziwnemu dla niej zjawisku jakim była nasza grupa, spacerująca w środku zimy po odludnych terenach. Najpierw ujrzeliśmy stojący na polu metalowy krzyż poświęcony powstańcom styczniowym. Na umieszczonej na nim tabliczce znajduje się następującej treści inskrypcja: „W tym miejscu 24 VIII 1863 roku bohaterskie oddziały Powstańców Styczniowych zpartii Rudzkiego, Wagnera, Kryńskiego pod głównym dowództwem generała Kruka, stoczyły krwawa bitwę z rosyjskim zaborcą. 163 nieznanych bohaterów oddało życie za wolność i niepodległość. Ich prochy spoczywają na miejscowym cmentarzu. Cześć ich pamięci”. Pod krzyżem zapaliliśmy znicze.
    Kilkadziesiąt metrów od krzyża, na skraju lasu, stoi głaz – pomnik poświęcony pamięci powstańców styczniowych. Pamiętam to miejsce, gdyż 7 lat temu byłem na jego odsłonięciu. Inskrypcja na pomniku brzmi: „Podczas Powstania Styczniowego 24 sierpnia 1863 roku pod Fajsławicami, na okolicznych polach i w pobliskim lesie, powstańcy pod dowództwem gen. Heydeneriha „Kruka” stoczyli bitwę z wojskami rosyjskimi. W boju poległo 161 powstańców z oddziałów Józefa Rudzkiego, Hermana Wagnera i Karola Kryńskiego. Większość poległych spoczywa na starym cmentarzu parafialnym w Fajsławicach. Pomnik ten w 143 rocznicę bitwy ufundowało społeczeństwo gmin Fajsławice i Trawniki. Fajsławice – Trawniki 1 X 2006”. Obok pomnika Dronia maleńka sosna zwyczajna wyhodowana przez leśników polskich z nasion poświęconych przez papieża Benedykta XVI podczas pielgrzymki do Polski posadzona w ramach projektu „papieskie drzewa Jana Pawła II i Benedykta XVII w Polsce i na Ukrainie”. Drzewko posadzono w rocznicę śmierci Jana Pawła II w kwietniu 2010 roku.
    Przed pomnikiem zapaliliśmy znicze i zatrzymaliśmy się na chwile wysłuchując ciekawej opowieści prezesa Jurka na temat bitwy jej przyczyn, przebiegu i następstw jakie za sobą niosła. Bitwa pod Fajsławicami była jedną z większych bitew powstania styczniowego, chociaż jakby trochę zapomniana przez historię. Jedynie w niewielu źródłach można znaleźć jakieś istotne informacje na jej temat. Tym bardziej ciekawym było to o czym opowiadał Jurek. Jego wiedza historyczna na temat wydarzeń jakie miały miejsce na tych polach w 1863 roku zobrazowały nam bitwę. Stojąc na niewielkim wzniesieniu gdzie stoi pomnik, można było oczami wyobraźni przenieść się na pole bitwy, zakończonej co prawda porażką, ale jakże pełną bohaterstwa ioddania sprawom Ojczyzny.
    Po oddaniu hołdu poległym powstańcom wyruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Trawnik. Przez pola przebiegł wystraszony przez nas zając. Dawno nie widziałem zajęcy na polach. Wytrzebiły je drapieżniki i niestety kłusownicy, których wciąż jeszcze można spotkać we wsiach położonych nieopodal obszarów leśnych, czy rozległych pól. Oznaką tego, że do celu naszej wędrówki jest już niedaleko był widok elewatora zbożowego i wierz kościoła w trawnikach. Weszliśmy na drogę dobrze mi już znaną z październikowego rajdu po tych okolicach. Drogą tą przeszliśmy do samej miejscowości, gdzie na działce naszego przewodnika kol. Marka rozpaliliśmy
ognisko.
    Przy ogniu nie zabrakło oczywiście pieczonych kiełbasek, turystycznych rozmów i czegoś na rozgrzewkę, bo pogoda była mroźna. Zawsze podkreślam, że nie ma nic lepszego a niżeli zimowe ognisko, na zimowym rajdzie. Dobrze, że ogniska to już tradycji „Rajdów w nieznane”.
    Posileni wyruszyliśmy z gościnnej działki kol. Marka i udaliśmy się na stacje kolejową w Trawnikach. Mając jeszcze kilkanaście minut do odjazdu pociągu poszedłem obejrzeć zabytkową wierzę ciśnień, która pierwotnie służyła do napełniania wodą kotłów parowozów zatrzymujących się na stacji. Jakoś poprzednim razem, gdy byłem w Trawnikach ten obiekt mi umknął. Może przez to, że nie był dobrze widoczny, zasłoniętyliśćmi drzew porastającymi jego otoczenie. Szkoda, że tak ciekawy obiekt popada powoli w ruinę. Mógłby stanowić całkiem ciekawą atrakcję turystyczną Trawnik.
    Kiedy podjechał pociąg załadowaliśmy się do ciepłych przedziałów i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Lublina. Przejeżdżaliśmy przez stację w Biskupicach, z której rano rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. W Lublinie pożegnałem się z uczestnikami dzisiejszego rajdu i Wszyscy rozeszli się do domów. Teraz tylko pozostaje czekać na kolejny „Rajd w nieznane”, który już za niecały miesiąc bo 2 lutego. Mam nadzieje, że uda mi się na niego wyruszyć. Już nie mogę się doczekać.Wszystkich spragnionych pieszych wędrówek zachęcam do „łazikowania” z nami.

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA ze styczniowego „Rajdu w nieznane” 
Zobacz także: MAPĘ TRASY

Zimowa wedrówka niebieskim szlakie Doliną Ciemięgi cz. I - 7 stycznia 2013

Trasa: Lublin (Skansen) - Dzbelin - Marysin - Kol. Snopków - Jakubowice Konińskie - Dys - Ciecierzyn
Długość trasy: ok. 16 km
    Tym razem postanowiłem wyruszyć samotnie na niebieski szlak Doliną Ciemięgi. Solowe chodzenie ma także swoje zalety. Wędrować można swoim, indywidualnym rytmem, robić dowolne postoje w wybranych przez siebie miejscach. Przede wszystkim jednak, samotne chodzenie, to idealny czas na przemyślenia.
     Z domu wyruszyłem wcześnie rano. Autobusem nr 37 pojechałem pod Muzeum Wsi Lubelskiej, gdzie swój początek bierze niebieski szlak. Początkowo wędrowałem ulicami miasta w okolicach Ogrodu Botanicznego UMCS. Na dworze było jeszcze ciemno i prószył drobny śnieg. Lekki mróz ścisnął rozmarzniętą w ostatnich dniach ziemię.
    Ulicą Sławinkowską powędrowałem w kierunku miejscowości Marysin. Niegdyś podlubelska wieś zamieniła się w ostatnich latach w dzielnicę domków jednorodzinnych. Po drodze napotkałem na pierwsze zwierzątko na trasie mojej wędrówki, a mianowicie na Biedronkę. Zdziwicie się, skąd w środku zimy biedronka? Już odpowiedź. Chodzi mi oczywiście o market sieci Biedronka, w którym zrobiłem ostatnie zakupy.
    Około godziny 8-mej opuściłem teren miasta Lublina i… zboczyłem ze szlaku. Nie zauważyłem miejsca, w którym skręcał on w prawo. Dopiero po przejściu kilkuset metrów zorientowałem się, że nie ma niebieskich oznaczeń szlaku. Nie zamierzałem jednak się wracać. Skręciłem w prawo w pierwszą możliwą uliczkę i po przejściu kilkuset metrów znalazłem się przy kapliczce w Marysinie, nieopodal której na drzewie dostrzegłem oznakowanie szlaku. Po przejściu kolejnych kilkuset metrów, do tej pory asfaltowa droga zmieniła się w „szutrówkę”, a miejscami nawet w „gruntówkę”.
    Dalej wędrowałem na północ przez teren budowy obwodnicy Lublina. To już może moje ostatnie przejście tym szlakiem w obecnej formie. Na pewno po wybudowaniu „ekspresówki” szlak będzie przebiegał inaczej a Dolina Ciemięgi zmieni się nie do poznania. Po kilkudziesięciu minutach wędrówki doszedłem do przydrożnego krzyża, przy, którym (zgodnie z oznaczeniami) skręciłem w prawo. Praktycznie dopiero tutaj poczułem, że opuściłem już ruchliwe i gwarne miasto. Po prawej stronie rozpościerały się pola i kilka zabudowań gospodarczych, a po lewej miałem Dolinę Ciemięgi. Znalazłem się na terenie Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Ciemięgi”. Samą dolinę porastała przybrzeżna roślinność olchowa i wysokie trawy charakterystyczne dla terenów podmokłych.
    Po kolejnych kilkunastu minutach spokojnego spaceru doszedłem do miejsca, w którym po prawej stronie drogi biją źródła jednego z zasilających Ciemięgę strumyczków. Źródło niestety zabezpieczone zostało betonową obejmą, co znacznie zmniejszyło atrakcyjność tego miejsca. Tutaj postanowiłem zrobić sobie kilkunastominutowy odpoczynek. Wpatrując się w krystalicznie czystą toń źródła, spożywałem zaległe dzisiejsze śniadanie, którego nie zdążyłem spałaszować w domu.
    Kiedy się posiliłem wyruszyłem w dalszą drogę przez wieś Jakubowice Konińskie. Jan Długosz w swoim dziele „Liber Beneficiorum Dioecesis” zaświadcza, że wieś Jakubowice Konińskie została założona nad rzeką Ciemięgą w powiecie lubelskim, w diecezji krakowskiej, przez Jakuba Konińskiego, Herbu Rawicz, w poł. XV wieku, stając się na okres ok. 100 lat siedzibą rodu. W późniejszym okresie Jakubowice stają się własnością rodzin Czernych, Bełżyckich. Pod koniec XVII wieku posiadłość Jakubowicką nabywa rodzina Łosiów z Garbowa. Następnie dobra przechodzą w ręce rodzin Mrozewiczów, Gawlikowskich, Szewczyków. W Jakubowicach zatrzymuję się na chwile przy niedawno wybudowanym kościele, by po chwili ruszyć dalej przez most na Ciemiędze w kierunku dworu.
    Pieczołowicie odrestaurowany i malowniczo położony na skraju doliny Ciemięgi dwór ma historię sięgającą XV w. O niepowtarzalnym uroku tego miejsca decyduje także wspaniały rzymski ogród założony na łagodnym południowym stoku, u podnóża którego staw z wyspą prawie łączy się z rzeką ocienioną starymi drzewami. Obecnie zabytkowa posiadłość jako „Dwór Anna” pełni funkcję pensjonatowo-restauracyjną. Poprzez różnorakie imprezy, konferencje, spotkania stał się ważnym ośrodkiem kulturotwórczym. „Dwór Anna” słynie na cały kraj z organizacji corocznych imprez takich jak „Ogólnopolski konkurs win i nalewek” czy „Dożynek rybackich”. Z bogatego w wykwintne dania menu restauracji „Dworu Anna” wyjątkowo zachwalane przez gości są potrawy z dziczyzny i ryb. Po za tym, że we dworze można dobrze zjeść to jeszcze jest możliwość skorzystania z pokoi hotelowych o wysokim standardzie.
     Przy „Dworze Anna” zrobiłem sobie kolejną przerwę na zrobienie zdjęć i odpoczynek przed świecącym blaskiem dworem. Dobrze, że są ludzie, tacy jak Państwo Anna i Kazimierz Gajkowie, którym nie są obojętne losy starych, zaniedbanych dworków rozsianych po małych miejscowościach, którzy z pasją odrestaurowują niszczejące zabytki, by tchnąć w nich nowego ducha i uratować od zniszczenia. Na pewno powrócę tu wiosną by zachwycić się
kwitnącymi, słynnymi w całej okolicy ogrodami rzymskimi.
    Kiedy opuściłem „Dwór Anna” udałem się nowo wybudowaną drogą, położoną miejscami nad samą rzeką w kierunku miejscowości Dys. Wędrówka na tym docinku była o tyle ciekawa, że kręta droga wije się wraz z meandrami Ciemięgi. Jeżeli już o meandrach mowa, to na tym właśnie odcinku są one bardzo ciekawe i malownicze. Na przyrzecznych drzewach widać wyraźnie działalność bobrów, które są wstanie powalić, całkiem
pokaźnej wielkości kłody. Idąc tym razem w kierunku wschodnim zatrzymuję się przy źródłach zasilających rzekę. Niestety i te źródła na skutek budowy drogi z pod której bezpośrednio wypływają, straciły swój pierwotny charakter. Woda wypływa z trzech wystających z betonowej konstrukcji trzech rur. Schodzę po schodkach pod same źródła, by nacieszyć oko pluskiem opadającej wody.
    W centralnej części miejscowości spotykam informację na niebieskim znaku szlakowym, że do miejsca, w którym rozpocząłem wędrówkę jest 12 km. Niezły dystans już pokonałem, chociaż wcale nie mam dość mojego wędrowania. Dys to wieś położona na Płaskowyżu Nałęczowskim o malowniczym położeniu w głębokiej dolinie Ciemięgi. Kieruję się teraz w stronę kościoła, którego wieża góruje nad okolicą. Kościół późnorenesansowy typu lubelskiego z drugiej połowy XVI wieku posiada ciekawe sztukaterie i rokokowe wyposażenie. Na cmentarzu parafialnym znajdują się zabytkowe nagrobki z kamiennymi rzeźbami. Zatrzymuję się w tym miejscu na chwilę, by wykonać pamiątkowe zdjęcia.
    Idę teraz dość wysoką skarpą opadającą stromo ku płynącej w dole rzece. Najpierw słyszę, a następnie dostrzegam ukrytego w gałęziach dzięcioła, który z uporem uderza w pień drzewa, czego odgłos niesie się po całej okolicy. Czując moją obecność na chwilę przerywa swoją ciężką pracę, by po chwili znowu rozpocząć rytmiczne stukanie. Ścieżka powoli opada w dół i znowu znajduję się nad samym brzegiem rzeki. Po kilkunastominutowym marszu dochodzę do Remizy OSP w Dysie. Nieopodal rysuje się sylwetka murowanego młyna położonego po drugiej stronie pozbawionego zimą wody stawu na rzece. Przechodzę na drugą stronę Ciemięgi, by na chwilę zatrzymać się i podziwiać tę ciekawą budowlę jak i próg wodny spiętrzający wodę niegdyś na potrzeby młyna, a obecnie stawu.
    W miejscowym sklepie uzupełniam zapasy prowiantu i ruszam dalej niebieskim szlakiem, wędrując cały czas doliną rzeczną wśród starych wierzb, w których jak powiadają starzy ludzielicho drzemie. Na wierzbach liczne huby drzewne przybierają przeróżne kształty i rozmiary. To już ostatni odcinek zaplanowany na dzisiaj. W okolicach mostu robię sobie dłuższą przerwę na posiłek. Do celu pozostało mi około kilometra. Robię kolejne fotki rzece i jej otoczeniu. Kiedy odpocząłem wyruszam w dalszą drogę w kierunku mostu na Ciemiędze w Ciecierzynie. Po przejściu mostu udaję się na drugą stronę rzeki, by na przystanku zakończyć moją dzisiejszą podróż. Po chwili oczekiwania odjeżdżam busem do Lublina.
    Mogłem powędrować dalej i przejść cały niebieski szlak, aż do Jakubowic Murowanych, ale trzeba sobie dawkować smak przygody i zostawić coś na kolejne wędrówki. W mojej głowie narodził się jednak pomysł, by przejść cały szlak Doliny Ciemięgi tej zimy. Mam nadzieję, że uda mi się w najbliższym czasie powrócić na niebieski szlak, by w zimowej scenerii pokonać pozostały odcinek.

Obejrzyj koniecznie ZDJĘCIA z zimowej wędrówki Doliną Ciemięgi 
Zobacz także: MAPĘ TRASY
Kreator www - przetestuj za darmo